Snoozing in Toronto / Drzemka w Toronto

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

Our ‘nap’ in Toronto was really short – only one day, but it was enough to appreciate this Canadian city. I (Adrianna) wanted to go there purely because of fascination of series called ‘Murdoch Mysteries’, but of course the place resembles nothing of early 20. century. When you ask around, it seems like there isn’t much to do – so a day trip was enough for us. Whether it does justice to the city, we don’t know, but here is what we have done and recommend.

dscn0430

Royal Ontario Museum – a must see, especially for us, fans of antiquity (Adrianna) and world wars (Robbie). Obviously it does not provide as much of a thrill as the British Museum, but there are many interesting sections that you can easily see in one day. The signs might be a bit confusing sometimes so definitely take a map at the ticket office. Entry is $17 for an adult and $15.50 for a student.

dscn0427

Near the museum there is a park where you can take a short break and watch black squirrels – they were quite a phenomenon for us to see; they are really big and the ones living in the city quite confident. From there we walked to Kensington Market and it is quite a walk so if you don’t fancy that, there is a tube that will take you nearby if you board a train at Museum station going south and get off two stations later. A short walk from Kensington there is Chinatown, something that every big city has and does not differ much from the ones in other places.

dscn0442

CN Tower is quite a thing in Toronto and you can even go up and see the skyline of the city, as well as (weather permitting) walk on the side of the tower – outside! Since we have lived in Dusseldorf and seen such a tower everyday, we were not tempted to do it.

dscn0451_kindlephoto-6760336

Then you have all the big glass and aluminium buildings that on some people might make an impression – but we were not interested in watching this concrete jungle so we headed back to our place. Although Toronto seems like a big city, it’s actually quite calm and bereable, although for us only for a day.

dscn0448

———————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Nasza ‘drzemka’ w Toronto trwała krótko, bo tylko jeden dzień, ale wystarczająco długo żeby docenić to kanadyjskie miasto. Ja (Adrianna) chciałam tam pojechać ze względu na fascynację serialem ‘Detektyw Murdoch’, ale Toronto nie ma już nic ze swojego uroku wczesnego XX. wieku. Jeśli zapytacie mieszkańców co jest warte zwiedzenia i zobaczenia nie dostaniecie odpowiedzi wartej Londynu, ale oto co zrobilismy w jeden dzień i polecamy.

dscn0430

Królewskie Muzeum Ontario – zdecydowanie tak! Zwłaszcza jeśli jesteś fanem starożytności (tak jak Adrianna) lub wielkich wojen (to oczywiście Robbie). Oczywiście to miejsce nie jest tak wspaniałe jak Brytyjskie Muzeum, ale w jeden dzień można zwiedzić wiele ciekawych sekcji. Znaki czasami nie mają sensu więc lepiej wziąć mapę przy kupnie biletu, który kosztuje $17 za osobę dorosłą i $15.50 dla studentów.

dscn0427

Zaraz obok muzeum znajduje się park, i pewnie myślicie ze w parkach nie ma nic specjalnego, (my też tak sądziliśmy) ale  całkiem duże wrażenie zrobiły na nas ogromne czarne wiewiórki, które w miastach są całkiem przyjazne. Po odpoczynku w parku dobrym miejscem jest market Kensington i jeśli nie chce wam się chodzić, wsiądźcie na stacji Muzeum do metra kierującego się na poludnie i dwie stacje dalej już jestescie tuż przy markecie. A zaraz obok jest Chinatown, znana z wielu wielkich miast, i chociaż w tej nie ma nic aż tak specjalnego, nadal może być waszym przystankiem.

dscn0442

Wieża CN to chyba najczęściej odwiedzany obiekt w Toronto – można wjechać na samą górę a nawet przejść się po kopule i to na zewnątrz! Ponieważ mieszkaliśmy w Dusseldorfie obok podobnej wieży, nie mieliśmy ochoty na oglądanie miasta z góry.

dscn0451_kindlephoto-6760336

Oczywiście wielkie budynki ze stali i szkła mogą być atrakcją samą w sobie, ale my nie byliśmy nnimi zachwyceni, więc zdecydowaliśmy się na powrót do naszego lokum. I chociaż Toronto wydaje się być ogromnym miastem, to mimo wielkości jest całkiem spokojne i my nie mieliśmy tam żadnego problemu – ale jeden dzień to dla nas wystarczająco długo w takiej metropolii.

dscn0448

Advertisements

Nap at the Niagara Falls! / Drzemka przy wodospadzie Niagara!

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

We can finally continue with the ‘snoozing around the world’ theme of this blog, and this time we had a nap at Niagara Falls!

We only planned a one day trip to these spectacular falls and although we took our time to explore the area, there is still so much to do there that if it’s possible for you, stay a bit longer. We only had a chance to see the falls from the Canadian side so here is what you can do there and make the most of your stay at Niagara.

dscn0369

We have set off from Stoufville, Ontario, and it took us just over an hour on the train to get to the Union Station in Toronto. Most of the connections go through this main station of Toronto, so if you are staying in or around the city, this will most likely be the place of your departure. From the Union Station take a train to Burlington – this trip takes an hour – and from Burlington there is a bus that will take you straight to Niagara, which takes an hour and a half. The connection is easy because the bus stop (no. 12) is just outside the train station and the bus will wait for you if the train is delayed. The price for this journey is about $15 one way but because we had a day pass (since we didn’t know when we would be coming back) the prices might differ slightly. The falls are about 3km from the station and if you don’t want to walk, there is always a local bus. Either way, it’s quite a long trip that definitely deserves a nap!

But no rest for the wicked and Niagara Falls is waiting! It is totally free to see the falls from the walkway and for many people it can definitely be enough – you can observe the falls from above to see how water crashes at the bottom and admire the great mist that it causes. However, there is so much more to see and do, so if you have more time, use it!

Firstly, there is a possibility of getting really close to the falls on a boat, which takes about 20 minutes and costs $20. You do get a red poncho but don’t be fooled, the falls won’t leave a single dry thread on you!   But this experience is too amazing to miss it!

dscn0398

Second great thing is a walk ‘behind the falls’ so you get to see the caves and stand on a platform right next to the falls. You get a yellow poncho this time but again, it’s the falls, and most of the water and mist lands on you either way. You don’t actually go ‘behind the falls’ but it’s worth it all the same.

Then you have all the fun possibilities that can make your stay better – you can go to the US part of the falls to see it from a slightly different view. There are some restaurants near the bank if you want to enjoy the falls while taking a break. You can take a ride on a Ferris wheel, play crazy golf or go swimming in aquapark. There is definitely something for everyone within reasonable price range. However, we do not encourage you to pay for entertainment that involves animals – like rides in a horse buggy and especially ones involving dolphin shows and interaction with other marine life. You are paying for their ongoing suffering that shouldn’t take place.

dscn0393

A trip to Niagara will be all that better if you pick a right time to see it. Summer is of course the busiest of times and we think that mid October might be the answer. There are still some warm days (we were walking in t-shirts) and the crowds are definitely more manageable. Another time to see the falls can be winter, when Niagara freezes and provides another great view. Either way, it was another fine trip!

—————

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Nareszcie możemy kontynuować ‘drzemkę dookoła świata’ i tym razem ucięliśmy sobie jedną koło wodospadu Niagara!

Ten wypad zajął nam tylko jeden dzień, ale jeśli macie okazję pobyć tam dłużej, zróbcie to! W Niagarze jest masa świetnych atrakcji które zajmą więcej niż jeden dzień. My mieliśmy okazję zobaczyć wodospad tylko z kanadyjskiej strony, dlatego przedstawiamy Wam krótki plan podróży i listę fajnych atrakcji.

dscn0369

Naszą podróż do Niagary zaczęliśmy w Stoufville, Ontario, skąd zajęło nam około godziny aby dostać się pociągiem do Toronto. Większość połączeń z okolic Toronto przebiega przez Union Station i jeśli wybierasz się do Niagary, to właśnie stamtąd najlepiej jest zacząć, biorąc pociag do Burlington, który zabierze nas tam w godzinę. W Burlington trzeba przesiąść się w autobus, który w dwie i pół godziny zabierze nas prosto do Niagary, ale żeby zobaczyć wodospad trzeba przejść ze stacji około 3km – jeśli to dla ciebie za dużo, zawsze możesz wziąć lokalny autobus ktory zabierze cię dosłownie ‘pod drzwi’. Koszt takiej przejażdżki to około $15 w jedną stronę. My kupiliśmy przepustkę na cały dzień bo nie wiedzieliśmy kiedy zamierzamy wracać, ale jeśli znacie dokładne godziny powrotu, ceny mogą się troszeczkę mniejsze. Taka podróż zasługuje na drzemkę!

Ale w Niagarze nie ma czasu do stracenia! Sama obserwacja wodospadu nic nie kosztuje; można przejść się obok rzeki aż do samej Niagary i zobaczyć z góry jak woda rozbija się o dno i tworzy fascynującą mgłę. Ale jeśli masz więcej czasu, użyj go!

Na przykład na przejażdżkę łódką, która zabierze Was na spotkanie ‘twarzą w twarz’ z wodospadem. Koszt to $20 za około 20 minut i chociaż dostaniecie czerwony płaszcz, nie uchroni on Was przed przemoknięciem do suchej nitki! Ale lepsze to niż ominięcie takiego przeżycia.

dscn0398

Drugim świetnym pomysłem na spędzenie czasu w Niagarze jest spacer ‘za wodospadem’. I chociaż tak naprawdę nie widzimy wodospadu z drugiej strony, to mamy okazję przejść się jaskiniami które znajdują się za Niagarą, posłuchać jej brzmienia i na końcu stanąć na platformie zaraz obok wodospadu. Tym razem żółty plaszcz też nikogo nie uchroni.

Innych atrakcji jest cała masa – można przejechać przez granicę do USA i zobaczyć wodospad z innego punktu. Nad brzegiem rzeki jest parę restauracji, ale wiadomo jak to jest z cenami w takich miejscach. Świetny widok można podziwiać z diabelskiego młynu, ale dobrą rozrywką może być też gra w szalonego golfa z przeszkodami albo parę godzin w zakrytym Aquaparku. Odradzamy jednak atrakcje ze zwierzętami jak przejażdżka wozem konnym albo pokaz delfinów. Płacimy tylko za cierpienie które nie powinno mieć miejsca a zwierzęta powinny znajdować się na wolności.

dscn0393

Wycieczka do Niagary będzie jeszcze lepsza jeśli wybierzecie dobrą porę na zwiedzanie. Lato jest oczywiście najbardziej zatłoczone dlatego dla nas połowa października była strzałem w dziesiątkę – można jeszcze złapać trochę słońca (my chodziliśmy bez swetrów) a tłumy nie działają tak bardzo na nerwy. Ale dobrym czasem może być też zima, kiedy wodospad zamarza i formuje niepowtarzalny widok. Tak czy siak, Niagara jest zdecydowanie warta zachodu!

Must-dos and -sees of Prince Edward Island / Co trzeba zrobić i zobaczyć na Wyspie Księcia Edwarda

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

It seems like this tiny island would not have much to offer, especially when comparing it to – let’s say – British Columbia. But you couldn’t be more wrong. The island is vibrant and full of entertainment, especially during the summer. Here are some things that you might want to consider when visiting this charming place:

1. Green Gables – it’s a total must-do! The island lives and breathes Anne. Every step you take, she will be there. In Cavendish you get a chance of introducing yourself to the story (if you’re not already familiar with it) and see the house and its surroundings that made the Island famous thanks to the books.

Entry fee: $7 CAN for an adult (not open all year round so check the website before visiting)

Don’t forget to walk the nearby Avonlea village – many shops and restaurants have been created to bring the spirit of 1900s, and the name of the village pays a tribute to the fictional community from the books. Then spend the rest of the afternoon at the Cavendish beach – the views will show you the real beauty of the Island.

IMAG0710

2. Anne of Green Gables Musical – since you are on the island, everything is Anne. This musical has been played regularly for so long, it has made the Guinness world record! You don’t want to miss this gem.

Entry fee: tickets starting from $25 CAN

3. Lighthouses – wherever you are staying, one of them will certainly be close to you. Lose yourself in many stories (every lighthouse has one – how true they are, nobody can tell) and great views. The lighthouses are now automated so they don’t need anyone to keep them anymore. Therefore, the government has given them to the communities and now a bunch of volunteers are taking care of them.

Entry fee: $5 CAN/adult, $2 CAN student ticket

dscn0222_kindlephoto-2896638

4. Confederation trail/old railway trail – trains do not operate here anymore and the tracks were stripped in early 90’s, making it a great opportunity to experience the nature of the island. You can bike from one tip of the island to another, learning about the Confederation and old railway at the same time. No motored vehicles are allowed.

Entry fee: free

dscn0209

5. Coastal drive – if you are planning a road trip, this one is for you! The road runs very close to the water and all around the Island. On your way you can visit the lighthouses, distilleries, pottery shops and many more.

Entry fee: free

wp_20160911_14_23_10_pro

6. Beaches – with white sand and clear water, this is exactly what you need for a cool down after a long drive. The best ones might be harder to find, but are worth it all the same! For us, Big Point and Singing Sands did the trick.

Entry fee: free

wp_20160903_17_42_54_pro

7. Annual 70-mile yard sale – our previous post covers it all! Miles and miles of sales, not to be missed!

Entry: free

8. Pow-wow – every year the indigenous people organize a gathering to share the culture and tradition. Many great things to experience.

Entry: free

Enjoy the Island!

————————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Może się wydawać, że ta mała wysepka ma niewiele do zaoferowania, szczególnie w porównaniu z – powiedzmy – Kolumbią Brytyjską. Nic bardziej mylnego! Wyspa jest pełna atrakcji, szczególnie w trakcie lata. Oto kilka rzeczy, które możecie zrobić odwiedzając tą wyspę:

1. Zielone Wzgórze – koniecznie trzeba zobaczyć! Wyspa żyje i oddycha Anią, tutaj spotkasz ją na każdym kroku. Jeśli nie znasz historii z książek, w Cavendish masz szansę się z nią zapoznać i zobaczyć na własne oczy dom z książki, która uczyniła wyspę sławną.

Wstęp: 7 dolarów kanadyjskich za osobę dorosłą (otwarte tylko w wybranych miesiącach, lepiej sprawdzić stronę internetową przed przyjazdem)

Oczywiście nie zapomnijcie przejść się uliczkami wioski Avonlea, która została zbudowana na wzór domów z początku XX. wieku. Swoją nazwę zawdzięcza fikcyjnej społeczności z książek o Ani. Popołudnie najlepiej spędzić na plaży w Cavendish, by móc docenić prawdziwe piękno Wyspy.

IMAG0710

2. Musical ‘Ania z Zielonego Wzgórza’ – jesteś na Wyspie, więc wszystko jest Anią. Ta sztuka jest grana od tak dawna, że została zapisana w Księdze Rekordów Guinnessa! Nie możecie tego przegapić.

Wstęp: ceny zaczynają się od 25 dolarów kanadyjskich

3. Latarnie morskie – gdziekolwiek jesteś, jedna z nich z pewnością będzie blisko. Poznaj ciekawe historie z nimi związane (ich prawdziwość jest czasem wątpliwa) i podziwiaj widoki. Ponieważ latarnie są operowane automatycznie i latarnicy nie są już potrzebni, rząd Wyspy sprzedał latarnie ich społecznościom, które się nimi teraz opiekują jako wolontariusze.

Wstęp: 5 dolarów kanadyjskich za osobę dorosłą, 2 za bilet studencki

dscn0222_kindlephoto-2896638

4. Szlak Konfederacji/stara droga kolejowa – pociągi już nie operują na Wyspie, a tory zostały zlikwidowane na początku lat dziewięćdziesiątych. Teraz jest to wspaniała okazja by doświadczyć prawdziwą naturę wyspy. Można przejechać rowerem z jednego końca Wyspy na drugi, poznając historię Konfederacji i kolei. Prowadzenie motoryzowanych pojazdów jest niedozwolone.

Wstęp: wolny

dscn0209

5. Przejażdżka po wybrzeżach Wyspy – jeśli planujesz road trip, ta opcja jest dla ciebie! Droga prowadzi bardzo blisko wody i została zbudowana dookoła wyspy. Po drodze można zwiedzić latarnie morskie, warsztaty garncarskie, destylarnie i wiele innych.

Wstęp: wolny

wp_20160911_14_23_10_pro

6. Plaże – po długiej drodze biały piasek i czysta woda jest tym czego potrzebujesz. Najpiękniejsze plaże mogą okazać się trudne do znalezienia, ale są tego warte. Według nas najlepsze były Big Point i Singing Sands.

Wstęp: wolny

wp_20160903_17_42_54_pro

7. Coroczna 70-milowa wyprzedaż garażowa – nasz poprzedni post tłumaczy wszystko! Wyprzedaż ciągnie się dosłownie kilometrami – nie do przegapienia.

Wstęp: wolny

8. Pow-wow – rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej organizują zgromadzenia, które mają na celu przybliżyć ich kulturę i tradycję. Wspaniale doświadczenie.

Wstęp: wolny

Miłego pobytu na Wyspie Księcia Edwarda!

70-mile yard sale! / 70-milowa wyprzedaż garażowa!

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

Well, that was something! We set off on a Saturday morning to see what it was all about, and it turned out really amazing! Since it was our first experience of such a lenghty yard sale, we were truly fascinated by it. Firstly, people have put adverts in a local bulletin of what they will be selling, on what day and how long for. Secondly, our hosts marked the way and sales that were of interest. Thirdly, we divided our six-people-group into two cars and set off to browse!

dscn0254

Yard sales were stretched over a seventy mile loop, and although we didn’t visit each one, we saw a great deal of them. People were selling everything: from doors, tools and kitchen equipment, through clothes, electronic and toys, all the way to junk figurines, old papers and registration plates. But if you like something, you better hold on to it!

dscn0260

North American yard sales are exactly what they are when we see them on TV: people have their tables out, garages open, they prepare snacks and barbeque that they sell, and tens of people are looking through displayed items. Of course mistakes happen and our host Sharon tried to buy shoes that belonged to the seller. However, it is not as much a crime as selling alcohol 🙂

dscn0263

We have wandered for hours, from one vendor to another, and saw many good stuff, from which we picked our Prince Edward Island souvenir – a registration plate and for only two dollars. Our hosts, however, have bought many other stuff, ranging from paints, through teacups to cakes and shutters. We talked to many interesting people, saw others haggling for lower prices and ventured through almost one third of the island during this 70-mile yard sale. What a day!

————————–

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

To było coś! Nasza pierwsza wyprzedaż garażowa rozciągnięta na obszarze siedemdziesięciu mil była bardzo oryginalnym doświadczeniem! Najpierw ci, którzy chcą taką wyprzedaż zorganizować, ogłaszają się w lokalnym biuletynie: co chcą sprzedać, gdzie się znajdują i jak długo tam będą. Potem nasi gospodarze zaplanowali trasę i zaznaczyli te wyprzedaże, które ich najbardziej interesowały. W końcu nasza sześcioosobowa grupa zapakowala się w dwa samochody i wyruszyliśmy na poszukiwania!

dscn0254

Mimo tego, że trasa przypomina koło, nie odwiedziliśmy każdej wyprzedaży – są ich dziesiątki. Ludzie sprzedają po prostu wszystko: od drzwi, narzędzi, przyborów kuchennych, przez ubrania, elektronikę i zabawki aż po figurki, gazety i tablice rejestracyjne. Ale jeśli coś ci się podoba, lepiej się tego trzymaj zanim ktoś inny sprzatnie ci twoja zdobycz sprzed nosa.

dscn0260

Północno amerykańskie wyprzedaże garażowe są dokładnie tym, czym zazwyczaj widzimy je w telewizji: ludzie wystawiają stoły ze swoimi produktami lub otwierają garaże, pieką ciasta i przygotowują grilla, a dziesiątki ludzi przebierają w równie licznych przedmiotach. Czasami oczywiście zdarzają się pomyłki- nasza gospodyni Sharon próbowała kupić buty należące do sprzedawcy, ale nie jest to taką wielką zbrodnią jak sprzedaż alkoholu 🙂

dscn0263

Tułaliśmy się godzinami od jednej wyprzedaży do drugiej, gdy w końcu wybraliśmy naszą pamiątkę z Wyspy Księcia Edwarda – tablicę rejestracyjną za całe dwa dolary. Nasi gospodarze kupili masę innych rzeczy, od farb, przez filiżanki aż po ciasta. Udało nam się porozmawiać z wieloma interesującymi ludźmi i zobaczyć jak inni się targują o ceny. Zobaczyliśmy też prawie jedna trzecią Wyspy – co za dzień!

What you need to know about PEI’s community / Co powinniście wiedzieć o społeczności Wyspy Księcia Edwarda

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

We had a chance to experience Prince Edward Island’s community on more than one occasion, however two events had the biggest impact on our opinion on this topic: a pageant and a children’s parade. They showed us the true community spirit and sharing, but also raised many debates about nepotism, isolation and rejection.

Our first encounter with PEI’s community was fully positive and showed us the impact that a small group of people can have on local people and government. It was a community pageant simply titled ‘The River Clyde’ and its objective was to raise awareness about local environment and the consequences of polluting the river by the locals. Yet it was not another boring performance – we had to walk along the river to see consecutive scenes being played and the main actors went on this journey with us. It started with three children trying to go fishing in the River Clyde but finding out that there is no more fish in the water as all of them have escaped due to pollution. Instead they have grown legs and went inland but then found out that they cannot live without water either. So the three children and the legged fish go on a journey to discover the reason for the river’s heavy pollution.

dscn0159
Fish with legs 🙂

As we pass different creatures explaining how the usage of chemicals in potato farming have caused the river to kill most of its inhabitants, we cannot help but wonder who stands behind this creative action for the environment. We had a chance to talk to the director of the pageant who explained that the everything we saw was created and played by volunteers! To achieve such effects, people have gathered together for months rehearsing, sewing costumes and preparing the path for the play. Nowhere else did we see such involvement by the local people to help their environment; it was truly wonderful to see how they all got together in order to raise awareness; to see their unity, eagerness and readiness for action, both from adults as well as children.

dscn0177
Mermaids

The second encounter of the PEI’s community was during our stay in Gairloch, Belle River. Our WWOOFing host took us to her neighbours’ house for a children’s parade. And I bet it does not match anyone’s expectations of hundreds of children marching on the street, surrounded by their cheering parents. It was a small backyard party of twenty people in funny costumes, adults and children alike, marching around the house and making as much noise as possible.

dscn0181
Parade pt. 1

The beauty of it is that a small community like Gairloch is able to get together and organize a small party for the children during the summer. Moreover, every family made a salad or a cake to share with other people, also there was a campfire with marshmallows and a football/soccer game. It’s not only big cities where fun things happen- a small community where everyone knows each other offers entertainment for everyone as well as help when needed and communal prosperity.

dscn0194
Parade pt. 2

Unfortunately, although a small community can be of great value, it can also be associated with a few problems. With people living so close together for many years, a special bond is created between them, one that brings them a certain sense of belonging. Therefore, they might feel that this sense of belonging is threatened when new people arrive at their community grounds. As we have spoken to one of the ‘newcomers’ (he moved to Gairloch five years ago), we have found out that this person still does not feel welcome in the community as it is closed to anyone who did not grow up there and has no ties to this place. So it is not as idyllic as it firstly seems to be.

Those who are Island born and bred can be seen rejecting newcomers with strange hostility – the first question that people ask is whether you are an Islander, and the answer determines the quality of conversation. To them it is as important as matter of life and death, to us it seems like another obstacle in creating healthy relations. Why does it matter so much where are you from? If you have been on the Island since you were born, as were your ancestors, is that a valid argument to reject someone’s presence? How come it is so easy to do when those ancestors of yours must have killed and robbed so many people for you to be here? Without any answers to these questions, we simply observe as our hosts are being asked again where they are ‘originally’ from (because obviously they do not belong to the Island).

With the ever present beauty of the Island we can see how people might want to be protective if it, however there is a thin line between protection and rejection. The Islanders isolate themselves from the ‘outsiders’, trying to give everyone their place, put them on their ladder of the hierarchy. You might want to say ‘it’s ok to protect your country/land/community’ and I will agree with you. But the viciousness is not needed where the danger is not present.

———————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Udało nam się w pewnym stopniu poznać społeczność Wyspy Księcia Edwarda, ale dwa wydarzenia mają szczególny wpływ na naszą opinię na ten temat: widowisko i parada dzieci. Obydwa wydarzenia nie tylko pokazały nam prawdziwego ducha małych społeczności, ale także wniosły debaty o nepotyźmie, odrzuceniu i izolacji.

Nasze pierwsze doświadczenie było bardzo pozytywne i pokazało nam jak wielki wpływ na środowisko i lokalny rząd może mieć mała społeczność. Widowisko pod prostym tytułem ‘Rzeka Clyde’ miało na celu zwiększenie świadomości o lokalnym środowisku i konsekwencjach jakie niesie ze sobą zanieczyszanie rzeki. Chociaż brzmi to jak kolejne nudne przedstawienie – nic z tych rzeczy! Zeby zobaczyć następną scenę widzowie muszą spacerować brzegiem rzeki, a główni bohaterowie im w tym towarzyszą. Tematem przewodnim widowiska była wyprawa trójki dzieci na ryby, ale odkrywają oni że w rzece nie mieszkają już żadne stworzenia ponieważ ludzie zbyt ją zanieczyścili. Ryby wykształcily nogi by wyjść na brzeg, ale szybko odkryły że na lądzie też nie mogą przetrwać z powodu braku wody. Więc trójka dzieci i chodząca ryba wyruszają w podróż aby dowiedzieć się dlaczego rzeka jest tak zanieczyszczona.

dscn0159
Ryba z nogami 🙂

Podczas kolejnych scen mijamy różne stworzenia które tłumaczą nam, że zanieczyszczenie rzeki spowodowane jest nadużywaniem chemikaliów w przemyśle ziemniaczanym, ale w tym samym czasie zastanawiamy się kto stoi za tą fantastyczną inicjatywą. Mieliśmy szansę porozmawiać z reżyserem widowiska, który wytłumaczył nam że wszystko co zobaczyliśmy zostało przygotowane przez wolontariuszy! Przez parę miesięcy spotykali się aby ćwiczyć kwestie, szyć kostiumy i przygotować drogę nad rzeką. Nie przypominamy sobie, żebyśmy kiedykolwiek doświadczyli takiej spójności w małej społeczności, takiej która ma na celu uświadomienie społeczeństwa i dotyczy zarówno dorosłych jak i dzieci.

dscn0177
Syreny

Nasze drugie doświadczenie miało miejsce w Gairloch, Belle River, gdzie nasza gospodyni WWOOF zabrała nas na paradę dzieci. I nie chodzi tutaj o setki maszerujących dzieci i wykrzykujących ich imiona rodziców. To była mała parada zorganizowaną na tyłach domu sąsiadów, w której brali udział wszyscy rodzice, dziadkowie i oczywiście dzieci; wszyscy maszerowali dookoła domu w kolorowych kostiumach robiąc jak najwięcej hałasu.

dscn0181
Parada cz. 1

I na tym polega piękno społeczności Wyspy Księcia Edwarda – jest ona w stanie zorganizować dzieciom rozrywkę podczas lata, kiedy ich znajomi wyjechali gdzieś indziej na wakacje. Ludzie chcą się spotykać i spędzać razem czas. Co więcej, każda rodzina przygotowała jakąś przekąskę, a potem każdy mógł podgrzać pianki przy ognisku czy pograć w piłkę – zabawa dzieje się nie tylko w wielkich miastach. Mała społeczność, w której każdy się zna, jest w stanie zaoferować dobrą zabawę oraz pomoc gdy zajdzie taka potrzeba.

dscn0194
Parada cz. 2

Niestety, mimo tego że bycie członkiem małej społeczności ma wiele zalet, można zauważyć wiele problemów które się z tym wiążą. Ludzie mieszkający ze sobą przez wiele lat formują pewnego rodzaju więź, która daje im poczucie przynależności. Dlatego też ci ludzie mogą czuć, że ta więź jest zagrożona w związku z przyjazdem nowych mieszkańców. Jeden z takich ‘nowych przybyszów’ (wprowadził się do Gairloch pięć lat temu) zdradził nam, że nawet po tych latach spędzonych w społeczności nadal nie czuje się miło widziany a społeczność jest zamknięta dla każdego kto nie miał szansy być jej częścią od swoich narodzin. Więc nie wszystko jest tak idealne jakby się mogło wydawać.

Ci, którzy urodzili się i wychowali na Wyspie, traktują przybyszów z niespotykaną niechęcią – pierwsze pytanie jakie jest komukolwiek zadawane to czy dana osoba pochodzi z Wyspy, a odpowiedź determinuje atmosferę dalszej rozmowy. Dla Wyspiarzy jest to niemal sprawa życia i śmierci, dla nas jedynie kolejna przeszkoda w budowaniu zdrowych relacji. Dlaczego to, skąd jesteś, ma takie wielkie znaczenie? Jeśli urodziłeś się na Wyspie tak jak twoi przodkowie, jakie prawo daje ci to aby odrzucić kogoś oraz jego obecność? Dlaczego jest tak łatwo to robić, gdy ci przodkowie rabowali i zabijali by opanować Wyspę? Bez żadnych odpowiedzi na te pytania już tylko obserwujemy naszych gospodarzy, gdy po raz setny ktoś zadaje im pytanie skąd tak NAPRAWDĘ są (bo przecież na pewno nie są z Wyspy…).

Piękno naturalnej przyrody na Wyspie nieco tłumaczy dlaczego Wyspiarze tak bardzo starają się ją chronić; istnieje jednak cienka linia pomiędzy ochroną a odrzuceniem. Wyspiarze izolują się od ‘przybyszów’ i próbują każdego zaszufladkować, dać miejsce na drabinie hierarchii. Możecie powiedzieć ‘ochrona swojego miejsca/kraju/społeczności jest w porządku’ i ja się z wami zgodzę. Ale taka reakcja nie jest potrzebna gdy zagrożenie jest nieobecne.

Let’s go and bike the old rail trail – a discovery / Przejedźmy się tym szlakiem kolejowym – odkrycie

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

On a sunny Sunday afternoon we decided to go for a bike trip on the old rail, where for years trains have made their journeys from one tip of the island to another. The rail shut down in 1989 due to inconvenience of travelling and people preferring to cross the distances with their own vehicles, but the tracks have been fully stripped by 1992. Currently there is a walking/biking trail that goes all the length of the original railroad through very beautiful scenery.

Views from the railroad trail

We have set on our trip to go through a part of the trail just to see what it’s like, but after 20 minutes of biking we decided to go on abother road that led us to a charming spot where we found literally nobody – a beach. It was quite a long way from the main road and also quite hidden, but worth it all the same.

Beach at the Big Point

So we have set out on the sand and because it was almost 30°C – jumped straight in the water! To our surprise, nobody appeared during our three hour stay, although the scenery is really breathtaking. The water is very clear and quite salty, but on a day like this – very refreshing. By the end of the day we were sorry to say goodbye to this place, but very glad that we got to experience a part of the old railway and that we decided to change the road to accidentally discover this hidden gem of Prince Edward Island. It is a true picture of how beautiful the Island can really be.

—————

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

W pewne słoneczne niedzielne popołudnie zdecydowaliśmy się pojechać na wycieczkę rowerową starym szlakiem kolejowym, gdzie jeszcze trzydzieści lat temu pociągi zabierały ludzi i towar z jednego punktu wyspy na drugi. Kolej została zamknięta w 1989, ponieważ mieszkańcy wyspy uważali taką podróż za niezbyt komfortową i drogą, zwłaszcza kiedy mogli podróżować swoimi samochodami. Tory kolejowe zostały rozebrane przed końcem 1992, a obecnie jest to szlak rowerowy/turystyczny, który prowadzi przez całą drogę dawnej kolei pośród malowniczej scenerii wyspy.

Widoki ze szlaku kolejowego

Zaczęliśmy naszą wycieczkę pośrodku szlaku i mimo pięknych widoków, zbaczyliśmy ze ścieżki na mało uczęszczana drogę która, ku naszemu zdziwieniu, zaprowadziła nas na osamotnioną plażę. Droga zajęła nam kolejne 20 minut i była pełna wzniesień, ale dla takich wrażeń jak najbardziej tego warta.

Plaża w Big Point

Więc zostawiliśmy nasze rzeczy na piasku i ponieważ było prawie 30°C, wbiegliśmy od razu do wody! Byliśmy bardzo zdziwieni gdy po trzech godzinach nikt nadal się nie pojawił, mimo tego że widoki są naprawdę bajeczne. Woda jest trochę słona ale bardzo czysta i w taki gorący dzień – najlepsza! Pod koniec dnia trochę nam było szkoda opuszczać to cudowne miejsce, ale byliśmy bardzo zadowoleni że zdecydowaliśmy się zboczyć ze szlaku kolejowego, by przez przypadek odkryć prawdziwe piękno Wyspy Księcia Edwarda.

WWOOF – what it is / WWOOF – z czym to się je

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

WWOOF, or World Wide Opportunities on Organic Farms, is what we are really doing in Canada. It is not only about budget travel, but also about sustainability, environment, discovering cultures, meeting people and visiting places. It is a great way to be a traveller rather than a tourist and the main principal is simple – you work in exchange for food and accommodation.

The hours and amount of work as well as what exactly you can expect in exchange is an individual matter. However, it usually is about 6-7 hours a day, five days a week. Some hosts might ask you to do less and instead help with some housework, others might simply ask you to do more. One of the best features of WWOOFing is that you can choose anything you like – taking care of animals, gardens, chopping wood, making cheese or collecting maple syrup… You can go for as little as a few days and as long as a few months! Also, the whole idea evolves around organic farming, so you get to learn a lot about sustainability, how to care for the environment, grow food without using chemicals and treat animals humanely.

Our WWOOFing adventure started in Hunter River on Prince Edward Island. We landed in a 50-acre-farm, kind of in the middle of nowhere. Our main everyday tasks included weeding, harvesting black currants (130kg!) and rhubarb, helping in the orchard and the forest, edging the garden, as well as little housework of cleaning the dishes after meals or cooking occasionally. Choosing the right hosts is very important because you get to spend a lot of time together – they might be working with you or simply eat every meal at the same table – and the fact that you live far away from towns and cities kind of doesn’t give you much company choice, especially if you WWOOF on your own. It is vital to know what they will be expecting of you and if it fits within your abilities, as well as what you can expect in exchange – usually it’s bed and food, of course you get to shower and usually are allowed to do your laundry. The hosts might also offer you bikes, rides to nearest town or even borrow their own car, however it all depends on the situation and how well you get on. In Hunter River we were offered bikes but after trying to beat the hills twice on a tiny bike, I have declared not to do it ever again (Adrianna). The rules of food and work were pretty straightforward – we worked from 9am to 5pm with an hour for lunch break, knew exactly what we were allowed to eat and were informed of the day plan at breakfast. Getting to Charlottetown, a place where many interesting things happen, was tricky and almost impossible to reach by bikes, so we were offered a ride whenever our hosts happened to be going there and were able to take us with them. This is what you really have to consider before coming to a farm, especially one far away from towns or entertainments you might be used to – how are you going to get there whenever needed – and if it is needed at all.

IMAG0739.jpg
Snoozing with the goats

At the moment we are in another place called Belle River with our host Hedwig, who showed us a different spectrum of WWOOFing. Here we take care of goats, chickens and ducks as well as maintain the lush vegetable garden. Hedwig’s working times are pretty loose, only 6 hours a day and we get to choose whenever we want to start and finish our work.  She not only offered us bikes, but also is willing to borrow her car if we want to go to the beach or see an event – which we have done only once so far as we don’t want to  take advantage. Hedwig has taken us to community gatherings, and is always willing to help us as well as spend time with us. This is the true spirit of WWOOFing – you get to meet the real people, their problems, friends and politics.

WWOOFing has many aspects; firstly you get to interact with ordinary people on a daily basis, so you can really see the culture of the country you are visiting. Secondly, you learn about sustainability, organic farming and environment protection: waste management, health issues, livestock care and garden maintenance, all without chemicals and harming substances. Thirdly, you learn a lot from people and from your own mistakes; you get to test your skills and abilities, gain experience and create some great memories!

So choose the host you think you will feel the most comfortable with, pack your bag and go travelling! Remember to stay cautious as you are still visiting a stranger. Of course WWOOFing is not for everyone: you get to do a lot of work in any weather conditions, get dirty in soil, among sticky plants, smelly animals and annoying bugs. But the experience you gain and memories you will have can certainly beat a guided tour in a crowded city!

——————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

To co naprawdę robimy w Kanadzie to WWOOF, czyli World Wide Opportunities on Organic Farms. To nie tylko sposób na oszczędne podróżowanie, ale także szansa na poznanie fascynujących ludzi, zobaczenie niesamowitych miejsc, zapoznanie się z kulturą i nauka o ekorozwoju i środowisku. Dzięki WWOOF jesteśmy podróżnikami a nie turystami, a zasada jest prosta – pracujesz na organicznych farmach w zamian za lokum i posiłki.

Godziny i ilość pracy ustalana jest indywidualnie, ale zazwyczaj mieści się to w granicach 6-7 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Niektórzy gospodarze mogą oczekiwać mniej pracy na farmie i zamiast tego poprosić o pomoc w lekkich pracach domowych, inni po prostu będą oczekiwać więcej. Jedną z najlepszych cech WWOOF jest to, że mamy wiele opcji jeśli chodzi o rodzaj pracy: możemy opiekować sie zwierzętami lub samym ogrodem, ścinać drzewo na opał, robić ser, zbierać syrop klonowy – możliwości są naprawdę niezliczone! Możemy pojechać na parę dni alboo parę miesięcy – wszystko zależy od nas i naszych gospodarzy. Ale w WWOOF chodzi przede wszystkim o środowisko, to jak mu pomóc, jak opiekować się ogrodem bez użycia chemikaliów i jak w dobry sposób traktować zwierzęta.

Nasza przygoda z WWOOF zaczęła się w Hunter River na Wyspie Księcia Edwarda. Wylądowaliśmy na 50-akrowej farmie praktycznie pośrodku niczego. Do naszych zadań należało pielenie, zbieranie czarnych porzeczek (130kg!), rabarbaru, pomaganie w sadzie i lesie, oraz drobne prace w domu jak zmywanie naczyń po posiłkach i gotowanie od czasu do czasu. Wybranie właściwych dla nas gospodarzy jest bardzo ważne, ponieważ zazwyczaj spędzamy z nimi bardzo dużo czasu czy tego chcemy, czy nie. Oni często z nami pracują, jedzą i relaksują się, a fakt że bardzo często jesteśmy daleko od najbliższego miasteczka sprawia że nie mamy zbyt wielkiego wyboru towarzystwa. Jeszcze ważniejsze niż to jest ustalenie jakie prace i jak długo będziemy wykonywać i czego dokładnie możemy oczekiwać w zamian – dobrze jest wiedzieć czy konkretna praca odpowiada naszym zdolnościom i oczekiwaniom. Niektórzy gospodarze mogą zaoferować rowery, podwózki do najbliższego miasteczka albo pożyczenie auta – wszystko zależy od waszej sytuacji i jak dobrze dogadujecie się z gospodarzami. W Hunter River nasi gospodarze zaoferowali nam rowery, ale po dwóch próbach jazdy po samych wzgórzach do najbliższego miasteczka po prostu się poddałam. Zasady dotyczące pracy i jedzenia były jasne: zaczynaliśmy o 9 rano, mieliśmy godzinę przerwy na lunch i kończyliśmy o 17; dokładnie wiedzielismy co możemy zjeść i przy śniadaniu byliśmy informowani o tym co mamy danego dnia zrobić. Żeby dostać się do Charlottetown, głównego miasta Wyspy gdzie ciągle coś się dzieje, musieliśmy zdać się na naszych gospodarzy, którzy zabrali nas ze sobą kilka razy kiedy sami tam jechali. To jest następna rzecz którą warto rozważyć – jak dostaniemy się do najbliższego miasteczka lub interesującego miasta i czy w ogóle taka opcja jest nam potrzebna – wszystko zależy od indywidualnych upodobań.

IMAG0739.jpg
Drzemka z kozami

Teraz mamy okazję zobaczyć zupełnie inną stronę WWOOF – jesteśmy w Belle River u Hedwig, gdzie opiekujemy się kozami, kurami, kaczkami a także pięknym warzywnym ogrodem. Hedwig daje nam wolną rękę jeśli chodzi o godziny pracy; zazwyczaj jest to sześć godzin, ale możemy pracować trochę rano, trochę wieczorem w zależności od tego jak nam danego dnia pasuje. Czasami pracujemy trzy godziny rano, potem jedziemy na plażę a resztę kończymy wieczorem gdy jest chłodno. Hedwig nie tylko zaoferowała nam rowery, ale także pozyczyla swoje auto, z czego skorzystalismy z grzeczności tylko raz. Nasza gospodyni zabrała nas też na poznanie całej społeczności, domową paradę dla dzieci, a dzięki jej uprzejmości mamy w planach więcej takich wypadów. Dla nas to jest właśnie prawdziwy WWOOF- poznawanie zwykłych ludzi, ich społeczność, problemy i wpływ jaki polityka ma na ich życie.

WWOOF ma wiele zalet: po pierwsze mamy styczność z codziennością danego kraju i ludźmi, dzięki czemu możemy poznać ich kulturę. Po drugie, mamy szansę nauczyć się o organicznym ogrodnictwie i ochronie środowiska: jak wykorzystać odpadki, dbać o swoje zdrowie i opiekować się zwierzętami, wszystko to bez użycia chemikaliów. Po trzecie, uczymy się nie tylko na swoich błędach, ale także od naszych gospodarzy i ludzi których spotykamy; mamy szansę przetestowania swoich zdolności i możliwości, zdobyć bezcenne doświadczenie i niezapomniane wrażenia!

Więc wybierz gospodarzy którzy najbardziej Ci odpowiadają, spakuj plecak i podróżuj! Pamiętaj, żeby zachować ostrożność, w końcu jedziesz do nieznajomych. Oczywiście to prawda, że WWOOF nie jest dla wszystkich: ttrzeba pracować w każdej pogodzie, głównie w brudnej ziemi pośród klejących się roślin, brzydko pachnących zwierząt i upierdliwych insektów. Ale doświadczenie jakie możemy zdobyć i wspomnienia które bedziemy mieli biją na głowę zorganizowaną wycieczkę w zatłoczonym mieście!

Green Gables / Dom na Zielonym Wzgórzu

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

 

This story begins with a childhood dream come true. It might sound trivial, but I have actually been waiting for this moment for fifteen years. Robbie had no clue what the whole fuss was about, at least not until we watched a short introductory film at the entrance. Anyway, it was quite an experience, not only because it was long waited for, but the views and surroundings were certainly spectacular. And it was simply incredible to walk the same pathways that inspired the book.

For those unfamiliar with the work of Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’  tells the story of eleven-year-old, redhaired orphan girl Anne Shirley, who is being sent to live with her new family in Cavendish by mistake. Marilla and her brother Matthew are expecting a boy to arrive, one that would help them with farm duties as they are both getting older and less capable. When Anne arrives at the house called Green Gables, she instantly falls in love with it and everything that surrounds it, even though Marilla plans to send her back to the orphanage. However, Anne’s great imagination, usage of big words and talkativeness wins hearts of not only Marilla and Matthew, but almost everyone in the village. The book tells the story of Anne’s life in Green Gables.

 

IMAG0712
Anne’s room

 

It might sound like there is nothing special about the book or the story. However, the impact it had on my love of books, perception of the world and imagination cannot be expressed in words. Moreover, the Green Gables house is very real and still stands in Cavendish! After reading the book, you will also want to see the views that the author and Anne fell in love with. Although Montgomery never lived in the house itself, she visited her cousins there very often as her grandparents’ house was on the other side of the forest, which in book is called the Haunted Wood and where Anne’s best friend – Diana – lives. Green Gables has been restored over the years and the rooms are made to suit the book’s description, which makes the experience that more exciting. You can relive the story, absorb the beauty and realise that this is the place where Lucy Maud spent her life and which provided her with inspiration to write the book. I actually shed a few tears – the place I wanted to see for so long was there in front of me, Anne’s spirit deeply embedded in my heart.

It was easier that I thought to get to Cavendish from Hunter River, where we are staying at the moment. The train station that used to stand in Hunter River is the very station that Anne arrived to, however, it does not exist anymore. Because of the lack of public transport on the Island, we decided to hitch a ride. Once we stood on the right road (the only one that goes to Cavendish), only a few cars went past when we saw one filled with cigarette smoke, and then I started to repeat in my head – please don’t stop, please don’t stop. Well, guess what, they stopped. Fifteen minutes and clogged lungs later we found ourselves in beautiful Cavendish with a stunning view of the harbour. After a short walk we arrived at Green Gables and after paying entrance fee of $7,80 we finally started our tour of the premises.

Although the barn and surrounding buildings are only reproductions of what Montgomery saw as a young girl, the house itself is kept in immaculate condition. It is also possible to walk on Lover’s Lane and through Haunted Wood. The atmosphere is truly magical, especially for those who read and appreciated the book, and to able to experience this place was really a childhood dream come true.

 

———————————————–

Polska Wersja / Polish Version

Ta historia jest o spełnionych marzeniach dzieciństwa. Może to brzmieć banalnie, ale prawda jest taka, że czekałam na ten moment przez prawie piętnaście lat. Robbie nie miał pojęcia dlaczego robię tyle zamieszania o dom z zielonym dachem, przynajmniej aż do momentu obejrzenia krótkiego filmu na początku zwiedzania. Mimo wszystko było to niesamowite przeżycie, nie tylko dlatego że czekałam na to tyle lat, ale także z powodu pięknego otoczenia i spektakularnych widoków – tych samych, które zainspirowały młodą kobietę do napisania książki czytanej wiele pokoleń później.

Dla tych, którzy nie mają pojęcia o co chodzi, już tłumaczę. ‘Ania z Zielonego Wzgórza’, napisana przez Lucy Maud Montgomery, opowiada historię jednestoletniej rudowłosej sieroty Ani Shirley. Starzejące się rodzeństwo Maryla i Mateusz oczekują przyjazdu chłopca, który miałby pomóc im na farmie, jednak przez pomyłkę na jego miejsce zostaje wysłana Ania. Kiedy dziewczynka przyjeżdża na Zielone Wzgórze, zakochuje się nie tylko w samym domu, ale także w naturze i otoczeniu, a dzięki pozytywnemu nastawieniu, gadatliwości i wyobraźni zyskuje sobie ona życzliwość prawie wszystkich mieszkańców Cavendish, przez co Maryla i Mateusz pozwalają jej zostać na stałe. Książka opowiada o przygodach Ani i jej przyjaciół na Zielonym Wzgórzu.

 

IMAG0712
Pokój Ani

Niektórym może się wydawać, że w tej historii nie ma niczego specjalnego. Jednak czytając ją jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z wpływu jaki na mnie już wtedy wywarła – wzbudziła miłość do książek, odwagę by marzyć, poszerzyła wyobraźnię. Od tamtego czasu bardzo chciałam znaleźć się w tym magicznym miejscu na Wyspie Księcia Edwarda. Mimo że Montgomery nigdy nie żyła w domu na Zielonym Wzgórzu, to często odwiedzała tam swoich kuzynów. Sama autorka mieszkała u swoich dziadków po drugiej stronie lasku, który w książce nazwała Nawiedzonym Lasem i gdzie mieszkała najlepsza przyjaciółka Ani, Diana. Dom na Zielonym Wzgórzu jest oryginalnym budynkiem który autorka odwiedzała, jednak wnętrze zostało przerobione zgodnie z opisem w książce, co czyni tą wizytę jeszcze bardziej ekscytującą. Można tam przeżyć historię Ani jeszcze raz i podziwiać piękno otoczenia, które było inspiracją dla Montgomery do napisania tej ponadczasowej powieści. Oczywiście bardzo się wzruszyłam i uroniłam parę łez – znajduję się w miejscu, które zawsze chciałam zobaczyć a duch Ani głęboko siedzi w moim sercu.

Sama podróż na Zielone Wzgórze nie była trudna- z Hunter River, w którym obecnie mieszkamy, prowadzi tam tylko jedna główna droga. Z powodu braku publicznego transportu na Wyspie zdecydowalismy się pojechać autostopem. Po paru minutach bezowocnego wystawiania kciuka zauważyłam samochód wypełniony papierosowym dymem i zaczęłam krzyczeć w myślach – nie zatrzymuj się, nie zatrzymuj się! Oczywiście, że się zatrzymał… Piętnaście minut i zadymione płuca później dotarliśmy do Cavendish, ale piękne widoki na przystań nam to wynagrodzily. Po krótkim spacerze dotarliśmy na miejsce, gdzie za $7,80 w końcu zaczęliśmy zwiedzać Zielone Wzgórze!

Mimo tego, że stodoła i otaczające ją budyki zostały wybudowane niedawno aby pokazać prawdziwy wygląd farmy, dom jest w nienaruszonym stanie. Oprócz zwiedzania można także iść na spacer Ścieżką Zakochanych oraz przez Nawiedzony Las. Dla tych, którzy czytali książkę jest to naprawdę magiczne przeżycie, dla mnie było to spełnienie dziecięcych marzeń.

Welcome to Canada!

So here we are! Finally, after five years of university, hard work and saving up, we boarded our flight from Glasgow to Halifax, NS on the 18th of July 2016. Our six-hour journey was quite easy, but the hardest part awaited us at the airport in Canada – although we have expected to be questioned about details of our stay, the interview turned out to be challenging and, to be honest, a bit scary for me. The immigration officer wanted to know almost everything, from who we are to how much money we have. At some point I actually thought that we are going to be denied entry as we were asking for a six-month stay with no return ticket. After about thirty minutes the officer came back with our passports stamped with permission to remain in Canada until January 2017 – we did it!

Two hours later a shuttle took us from the airport on a four-hour journey to our destination. Prince Edward Island welcomed us with its calm beauty, harbour charm and ever-present redhaired Anne. We pass houses and farms, commenting on each one as they resemble our expectations – mail boxes with little red flags up, trucks on the driveways and the enourmous size of everything. Although resemblance to the US is overwhelming and undeniable, this Island seem to have its own soul – it’s different to anything we have seen or expected. The small community is closely bound together, with outgoing and helpful people who live quiet country lives. Their income is provided not only by the professional jobs they might have, but also by farming, fishery and tourism. Prince Edward Island is famous from its lobsters, clams and oysters that are being exported worldwide each day. Not only that, the biggest export product of the Island is probably Anne, the fictional character from series of books by Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’, which happens to be my favourite childhood book.

However, about visiting Green Gables and what we are really doing on the Island will be included in other posts. For now, we are enjoying beautiful scenery, forest walks and of course naps in the shade. It is truly incredible to see people so close to each other, living in harmony and with sources provided by nature. It sounds idyllic but after two weeks on the Island, it doesn’t only sound so, it is so!