Let’s go and bike the old rail trail – a discovery / Przejedźmy się tym szlakiem kolejowym – odkrycie

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

On a sunny Sunday afternoon we decided to go for a bike trip on the old rail, where for years trains have made their journeys from one tip of the island to another. The rail shut down in 1989 due to inconvenience of travelling and people preferring to cross the distances with their own vehicles, but the tracks have been fully stripped by 1992. Currently there is a walking/biking trail that goes all the length of the original railroad through very beautiful scenery.

Views from the railroad trail

We have set on our trip to go through a part of the trail just to see what it’s like, but after 20 minutes of biking we decided to go on abother road that led us to a charming spot where we found literally nobody – a beach. It was quite a long way from the main road and also quite hidden, but worth it all the same.

Beach at the Big Point

So we have set out on the sand and because it was almost 30°C – jumped straight in the water! To our surprise, nobody appeared during our three hour stay, although the scenery is really breathtaking. The water is very clear and quite salty, but on a day like this – very refreshing. By the end of the day we were sorry to say goodbye to this place, but very glad that we got to experience a part of the old railway and that we decided to change the road to accidentally discover this hidden gem of Prince Edward Island. It is a true picture of how beautiful the Island can really be.

—————

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

W pewne słoneczne niedzielne popołudnie zdecydowaliśmy się pojechać na wycieczkę rowerową starym szlakiem kolejowym, gdzie jeszcze trzydzieści lat temu pociągi zabierały ludzi i towar z jednego punktu wyspy na drugi. Kolej została zamknięta w 1989, ponieważ mieszkańcy wyspy uważali taką podróż za niezbyt komfortową i drogą, zwłaszcza kiedy mogli podróżować swoimi samochodami. Tory kolejowe zostały rozebrane przed końcem 1992, a obecnie jest to szlak rowerowy/turystyczny, który prowadzi przez całą drogę dawnej kolei pośród malowniczej scenerii wyspy.

Widoki ze szlaku kolejowego

Zaczęliśmy naszą wycieczkę pośrodku szlaku i mimo pięknych widoków, zbaczyliśmy ze ścieżki na mało uczęszczana drogę która, ku naszemu zdziwieniu, zaprowadziła nas na osamotnioną plażę. Droga zajęła nam kolejne 20 minut i była pełna wzniesień, ale dla takich wrażeń jak najbardziej tego warta.

Plaża w Big Point

Więc zostawiliśmy nasze rzeczy na piasku i ponieważ było prawie 30°C, wbiegliśmy od razu do wody! Byliśmy bardzo zdziwieni gdy po trzech godzinach nikt nadal się nie pojawił, mimo tego że widoki są naprawdę bajeczne. Woda jest trochę słona ale bardzo czysta i w taki gorący dzień – najlepsza! Pod koniec dnia trochę nam było szkoda opuszczać to cudowne miejsce, ale byliśmy bardzo zadowoleni że zdecydowaliśmy się zboczyć ze szlaku kolejowego, by przez przypadek odkryć prawdziwe piękno Wyspy Księcia Edwarda.

Advertisements

WWOOF – what it is / WWOOF – z czym to się je

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

WWOOF, or World Wide Opportunities on Organic Farms, is what we are really doing in Canada. It is not only about budget travel, but also about sustainability, environment, discovering cultures, meeting people and visiting places. It is a great way to be a traveller rather than a tourist and the main principal is simple – you work in exchange for food and accommodation.

The hours and amount of work as well as what exactly you can expect in exchange is an individual matter. However, it usually is about 6-7 hours a day, five days a week. Some hosts might ask you to do less and instead help with some housework, others might simply ask you to do more. One of the best features of WWOOFing is that you can choose anything you like – taking care of animals, gardens, chopping wood, making cheese or collecting maple syrup… You can go for as little as a few days and as long as a few months! Also, the whole idea evolves around organic farming, so you get to learn a lot about sustainability, how to care for the environment, grow food without using chemicals and treat animals humanely.

Our WWOOFing adventure started in Hunter River on Prince Edward Island. We landed in a 50-acre-farm, kind of in the middle of nowhere. Our main everyday tasks included weeding, harvesting black currants (130kg!) and rhubarb, helping in the orchard and the forest, edging the garden, as well as little housework of cleaning the dishes after meals or cooking occasionally. Choosing the right hosts is very important because you get to spend a lot of time together – they might be working with you or simply eat every meal at the same table – and the fact that you live far away from towns and cities kind of doesn’t give you much company choice, especially if you WWOOF on your own. It is vital to know what they will be expecting of you and if it fits within your abilities, as well as what you can expect in exchange – usually it’s bed and food, of course you get to shower and usually are allowed to do your laundry. The hosts might also offer you bikes, rides to nearest town or even borrow their own car, however it all depends on the situation and how well you get on. In Hunter River we were offered bikes but after trying to beat the hills twice on a tiny bike, I have declared not to do it ever again (Adrianna). The rules of food and work were pretty straightforward – we worked from 9am to 5pm with an hour for lunch break, knew exactly what we were allowed to eat and were informed of the day plan at breakfast. Getting to Charlottetown, a place where many interesting things happen, was tricky and almost impossible to reach by bikes, so we were offered a ride whenever our hosts happened to be going there and were able to take us with them. This is what you really have to consider before coming to a farm, especially one far away from towns or entertainments you might be used to – how are you going to get there whenever needed – and if it is needed at all.

IMAG0739.jpg
Snoozing with the goats

At the moment we are in another place called Belle River with our host Hedwig, who showed us a different spectrum of WWOOFing. Here we take care of goats, chickens and ducks as well as maintain the lush vegetable garden. Hedwig’s working times are pretty loose, only 6 hours a day and we get to choose whenever we want to start and finish our work.  She not only offered us bikes, but also is willing to borrow her car if we want to go to the beach or see an event – which we have done only once so far as we don’t want to  take advantage. Hedwig has taken us to community gatherings, and is always willing to help us as well as spend time with us. This is the true spirit of WWOOFing – you get to meet the real people, their problems, friends and politics.

WWOOFing has many aspects; firstly you get to interact with ordinary people on a daily basis, so you can really see the culture of the country you are visiting. Secondly, you learn about sustainability, organic farming and environment protection: waste management, health issues, livestock care and garden maintenance, all without chemicals and harming substances. Thirdly, you learn a lot from people and from your own mistakes; you get to test your skills and abilities, gain experience and create some great memories!

So choose the host you think you will feel the most comfortable with, pack your bag and go travelling! Remember to stay cautious as you are still visiting a stranger. Of course WWOOFing is not for everyone: you get to do a lot of work in any weather conditions, get dirty in soil, among sticky plants, smelly animals and annoying bugs. But the experience you gain and memories you will have can certainly beat a guided tour in a crowded city!

——————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

To co naprawdę robimy w Kanadzie to WWOOF, czyli World Wide Opportunities on Organic Farms. To nie tylko sposób na oszczędne podróżowanie, ale także szansa na poznanie fascynujących ludzi, zobaczenie niesamowitych miejsc, zapoznanie się z kulturą i nauka o ekorozwoju i środowisku. Dzięki WWOOF jesteśmy podróżnikami a nie turystami, a zasada jest prosta – pracujesz na organicznych farmach w zamian za lokum i posiłki.

Godziny i ilość pracy ustalana jest indywidualnie, ale zazwyczaj mieści się to w granicach 6-7 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Niektórzy gospodarze mogą oczekiwać mniej pracy na farmie i zamiast tego poprosić o pomoc w lekkich pracach domowych, inni po prostu będą oczekiwać więcej. Jedną z najlepszych cech WWOOF jest to, że mamy wiele opcji jeśli chodzi o rodzaj pracy: możemy opiekować sie zwierzętami lub samym ogrodem, ścinać drzewo na opał, robić ser, zbierać syrop klonowy – możliwości są naprawdę niezliczone! Możemy pojechać na parę dni alboo parę miesięcy – wszystko zależy od nas i naszych gospodarzy. Ale w WWOOF chodzi przede wszystkim o środowisko, to jak mu pomóc, jak opiekować się ogrodem bez użycia chemikaliów i jak w dobry sposób traktować zwierzęta.

Nasza przygoda z WWOOF zaczęła się w Hunter River na Wyspie Księcia Edwarda. Wylądowaliśmy na 50-akrowej farmie praktycznie pośrodku niczego. Do naszych zadań należało pielenie, zbieranie czarnych porzeczek (130kg!), rabarbaru, pomaganie w sadzie i lesie, oraz drobne prace w domu jak zmywanie naczyń po posiłkach i gotowanie od czasu do czasu. Wybranie właściwych dla nas gospodarzy jest bardzo ważne, ponieważ zazwyczaj spędzamy z nimi bardzo dużo czasu czy tego chcemy, czy nie. Oni często z nami pracują, jedzą i relaksują się, a fakt że bardzo często jesteśmy daleko od najbliższego miasteczka sprawia że nie mamy zbyt wielkiego wyboru towarzystwa. Jeszcze ważniejsze niż to jest ustalenie jakie prace i jak długo będziemy wykonywać i czego dokładnie możemy oczekiwać w zamian – dobrze jest wiedzieć czy konkretna praca odpowiada naszym zdolnościom i oczekiwaniom. Niektórzy gospodarze mogą zaoferować rowery, podwózki do najbliższego miasteczka albo pożyczenie auta – wszystko zależy od waszej sytuacji i jak dobrze dogadujecie się z gospodarzami. W Hunter River nasi gospodarze zaoferowali nam rowery, ale po dwóch próbach jazdy po samych wzgórzach do najbliższego miasteczka po prostu się poddałam. Zasady dotyczące pracy i jedzenia były jasne: zaczynaliśmy o 9 rano, mieliśmy godzinę przerwy na lunch i kończyliśmy o 17; dokładnie wiedzielismy co możemy zjeść i przy śniadaniu byliśmy informowani o tym co mamy danego dnia zrobić. Żeby dostać się do Charlottetown, głównego miasta Wyspy gdzie ciągle coś się dzieje, musieliśmy zdać się na naszych gospodarzy, którzy zabrali nas ze sobą kilka razy kiedy sami tam jechali. To jest następna rzecz którą warto rozważyć – jak dostaniemy się do najbliższego miasteczka lub interesującego miasta i czy w ogóle taka opcja jest nam potrzebna – wszystko zależy od indywidualnych upodobań.

IMAG0739.jpg
Drzemka z kozami

Teraz mamy okazję zobaczyć zupełnie inną stronę WWOOF – jesteśmy w Belle River u Hedwig, gdzie opiekujemy się kozami, kurami, kaczkami a także pięknym warzywnym ogrodem. Hedwig daje nam wolną rękę jeśli chodzi o godziny pracy; zazwyczaj jest to sześć godzin, ale możemy pracować trochę rano, trochę wieczorem w zależności od tego jak nam danego dnia pasuje. Czasami pracujemy trzy godziny rano, potem jedziemy na plażę a resztę kończymy wieczorem gdy jest chłodno. Hedwig nie tylko zaoferowała nam rowery, ale także pozyczyla swoje auto, z czego skorzystalismy z grzeczności tylko raz. Nasza gospodyni zabrała nas też na poznanie całej społeczności, domową paradę dla dzieci, a dzięki jej uprzejmości mamy w planach więcej takich wypadów. Dla nas to jest właśnie prawdziwy WWOOF- poznawanie zwykłych ludzi, ich społeczność, problemy i wpływ jaki polityka ma na ich życie.

WWOOF ma wiele zalet: po pierwsze mamy styczność z codziennością danego kraju i ludźmi, dzięki czemu możemy poznać ich kulturę. Po drugie, mamy szansę nauczyć się o organicznym ogrodnictwie i ochronie środowiska: jak wykorzystać odpadki, dbać o swoje zdrowie i opiekować się zwierzętami, wszystko to bez użycia chemikaliów. Po trzecie, uczymy się nie tylko na swoich błędach, ale także od naszych gospodarzy i ludzi których spotykamy; mamy szansę przetestowania swoich zdolności i możliwości, zdobyć bezcenne doświadczenie i niezapomniane wrażenia!

Więc wybierz gospodarzy którzy najbardziej Ci odpowiadają, spakuj plecak i podróżuj! Pamiętaj, żeby zachować ostrożność, w końcu jedziesz do nieznajomych. Oczywiście to prawda, że WWOOF nie jest dla wszystkich: ttrzeba pracować w każdej pogodzie, głównie w brudnej ziemi pośród klejących się roślin, brzydko pachnących zwierząt i upierdliwych insektów. Ale doświadczenie jakie możemy zdobyć i wspomnienia które bedziemy mieli biją na głowę zorganizowaną wycieczkę w zatłoczonym mieście!

Green Gables / Dom na Zielonym Wzgórzu

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

 

This story begins with a childhood dream come true. It might sound trivial, but I have actually been waiting for this moment for fifteen years. Robbie had no clue what the whole fuss was about, at least not until we watched a short introductory film at the entrance. Anyway, it was quite an experience, not only because it was long waited for, but the views and surroundings were certainly spectacular. And it was simply incredible to walk the same pathways that inspired the book.

For those unfamiliar with the work of Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’  tells the story of eleven-year-old, redhaired orphan girl Anne Shirley, who is being sent to live with her new family in Cavendish by mistake. Marilla and her brother Matthew are expecting a boy to arrive, one that would help them with farm duties as they are both getting older and less capable. When Anne arrives at the house called Green Gables, she instantly falls in love with it and everything that surrounds it, even though Marilla plans to send her back to the orphanage. However, Anne’s great imagination, usage of big words and talkativeness wins hearts of not only Marilla and Matthew, but almost everyone in the village. The book tells the story of Anne’s life in Green Gables.

 

IMAG0712
Anne’s room

 

It might sound like there is nothing special about the book or the story. However, the impact it had on my love of books, perception of the world and imagination cannot be expressed in words. Moreover, the Green Gables house is very real and still stands in Cavendish! After reading the book, you will also want to see the views that the author and Anne fell in love with. Although Montgomery never lived in the house itself, she visited her cousins there very often as her grandparents’ house was on the other side of the forest, which in book is called the Haunted Wood and where Anne’s best friend – Diana – lives. Green Gables has been restored over the years and the rooms are made to suit the book’s description, which makes the experience that more exciting. You can relive the story, absorb the beauty and realise that this is the place where Lucy Maud spent her life and which provided her with inspiration to write the book. I actually shed a few tears – the place I wanted to see for so long was there in front of me, Anne’s spirit deeply embedded in my heart.

It was easier that I thought to get to Cavendish from Hunter River, where we are staying at the moment. The train station that used to stand in Hunter River is the very station that Anne arrived to, however, it does not exist anymore. Because of the lack of public transport on the Island, we decided to hitch a ride. Once we stood on the right road (the only one that goes to Cavendish), only a few cars went past when we saw one filled with cigarette smoke, and then I started to repeat in my head – please don’t stop, please don’t stop. Well, guess what, they stopped. Fifteen minutes and clogged lungs later we found ourselves in beautiful Cavendish with a stunning view of the harbour. After a short walk we arrived at Green Gables and after paying entrance fee of $7,80 we finally started our tour of the premises.

Although the barn and surrounding buildings are only reproductions of what Montgomery saw as a young girl, the house itself is kept in immaculate condition. It is also possible to walk on Lover’s Lane and through Haunted Wood. The atmosphere is truly magical, especially for those who read and appreciated the book, and to able to experience this place was really a childhood dream come true.

 

———————————————–

Polska Wersja / Polish Version

Ta historia jest o spełnionych marzeniach dzieciństwa. Może to brzmieć banalnie, ale prawda jest taka, że czekałam na ten moment przez prawie piętnaście lat. Robbie nie miał pojęcia dlaczego robię tyle zamieszania o dom z zielonym dachem, przynajmniej aż do momentu obejrzenia krótkiego filmu na początku zwiedzania. Mimo wszystko było to niesamowite przeżycie, nie tylko dlatego że czekałam na to tyle lat, ale także z powodu pięknego otoczenia i spektakularnych widoków – tych samych, które zainspirowały młodą kobietę do napisania książki czytanej wiele pokoleń później.

Dla tych, którzy nie mają pojęcia o co chodzi, już tłumaczę. ‘Ania z Zielonego Wzgórza’, napisana przez Lucy Maud Montgomery, opowiada historię jednestoletniej rudowłosej sieroty Ani Shirley. Starzejące się rodzeństwo Maryla i Mateusz oczekują przyjazdu chłopca, który miałby pomóc im na farmie, jednak przez pomyłkę na jego miejsce zostaje wysłana Ania. Kiedy dziewczynka przyjeżdża na Zielone Wzgórze, zakochuje się nie tylko w samym domu, ale także w naturze i otoczeniu, a dzięki pozytywnemu nastawieniu, gadatliwości i wyobraźni zyskuje sobie ona życzliwość prawie wszystkich mieszkańców Cavendish, przez co Maryla i Mateusz pozwalają jej zostać na stałe. Książka opowiada o przygodach Ani i jej przyjaciół na Zielonym Wzgórzu.

 

IMAG0712
Pokój Ani

Niektórym może się wydawać, że w tej historii nie ma niczego specjalnego. Jednak czytając ją jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z wpływu jaki na mnie już wtedy wywarła – wzbudziła miłość do książek, odwagę by marzyć, poszerzyła wyobraźnię. Od tamtego czasu bardzo chciałam znaleźć się w tym magicznym miejscu na Wyspie Księcia Edwarda. Mimo że Montgomery nigdy nie żyła w domu na Zielonym Wzgórzu, to często odwiedzała tam swoich kuzynów. Sama autorka mieszkała u swoich dziadków po drugiej stronie lasku, który w książce nazwała Nawiedzonym Lasem i gdzie mieszkała najlepsza przyjaciółka Ani, Diana. Dom na Zielonym Wzgórzu jest oryginalnym budynkiem który autorka odwiedzała, jednak wnętrze zostało przerobione zgodnie z opisem w książce, co czyni tą wizytę jeszcze bardziej ekscytującą. Można tam przeżyć historię Ani jeszcze raz i podziwiać piękno otoczenia, które było inspiracją dla Montgomery do napisania tej ponadczasowej powieści. Oczywiście bardzo się wzruszyłam i uroniłam parę łez – znajduję się w miejscu, które zawsze chciałam zobaczyć a duch Ani głęboko siedzi w moim sercu.

Sama podróż na Zielone Wzgórze nie była trudna- z Hunter River, w którym obecnie mieszkamy, prowadzi tam tylko jedna główna droga. Z powodu braku publicznego transportu na Wyspie zdecydowalismy się pojechać autostopem. Po paru minutach bezowocnego wystawiania kciuka zauważyłam samochód wypełniony papierosowym dymem i zaczęłam krzyczeć w myślach – nie zatrzymuj się, nie zatrzymuj się! Oczywiście, że się zatrzymał… Piętnaście minut i zadymione płuca później dotarliśmy do Cavendish, ale piękne widoki na przystań nam to wynagrodzily. Po krótkim spacerze dotarliśmy na miejsce, gdzie za $7,80 w końcu zaczęliśmy zwiedzać Zielone Wzgórze!

Mimo tego, że stodoła i otaczające ją budyki zostały wybudowane niedawno aby pokazać prawdziwy wygląd farmy, dom jest w nienaruszonym stanie. Oprócz zwiedzania można także iść na spacer Ścieżką Zakochanych oraz przez Nawiedzony Las. Dla tych, którzy czytali książkę jest to naprawdę magiczne przeżycie, dla mnie było to spełnienie dziecięcych marzeń.

Welcome to Canada!

So here we are! Finally, after five years of university, hard work and saving up, we boarded our flight from Glasgow to Halifax, NS on the 18th of July 2016. Our six-hour journey was quite easy, but the hardest part awaited us at the airport in Canada – although we have expected to be questioned about details of our stay, the interview turned out to be challenging and, to be honest, a bit scary for me. The immigration officer wanted to know almost everything, from who we are to how much money we have. At some point I actually thought that we are going to be denied entry as we were asking for a six-month stay with no return ticket. After about thirty minutes the officer came back with our passports stamped with permission to remain in Canada until January 2017 – we did it!

Two hours later a shuttle took us from the airport on a four-hour journey to our destination. Prince Edward Island welcomed us with its calm beauty, harbour charm and ever-present redhaired Anne. We pass houses and farms, commenting on each one as they resemble our expectations – mail boxes with little red flags up, trucks on the driveways and the enourmous size of everything. Although resemblance to the US is overwhelming and undeniable, this Island seem to have its own soul – it’s different to anything we have seen or expected. The small community is closely bound together, with outgoing and helpful people who live quiet country lives. Their income is provided not only by the professional jobs they might have, but also by farming, fishery and tourism. Prince Edward Island is famous from its lobsters, clams and oysters that are being exported worldwide each day. Not only that, the biggest export product of the Island is probably Anne, the fictional character from series of books by Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’, which happens to be my favourite childhood book.

However, about visiting Green Gables and what we are really doing on the Island will be included in other posts. For now, we are enjoying beautiful scenery, forest walks and of course naps in the shade. It is truly incredible to see people so close to each other, living in harmony and with sources provided by nature. It sounds idyllic but after two weeks on the Island, it doesn’t only sound so, it is so!