Nap in ruins of Ek’Balam / Drzemka w ruinach Ek’Balam

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

The Mayan village of Ek’Balam is not very well known among tourists, but truly breathtaking. Not only getting there is easy, but you are allowed to wander through the ruins and climb to the highest points. The structures make you feel intimidated and take you back in time. The climbs can be challenging but really worth it, and the view from the temple over other structures and jungle is one that you will never forget.

dscn0652_kindlephoto-948003

One of the first mistakes we made is not enough research about getting there. We decided to take a colectivo for 50 Pesos/person/one way and because we set off quite late, it was hard to get a ride back and the only option was a taxi, which after a long haggle they offered us 150 Pesos, but we declined and decided to wait for a cheaper collectivo. We asked a passing couple whether they were driving in our direction, which was Valladolid, and fortunately for us, they agreed to take us with them. If you are reading this, Julia and your companion – thank you again and all the best to you both! The next day we realized that all that hassle, although fun and adventorous, could have been avoided. From Valladolid to Ek’Balam there is a bus that will take you from the main bus terminal at 8am and pick you up at Ek’Balam at 12.30. It only takes 30min to get there and a return ticket costs 76 Pesos. For two people there and back in a colectivo it would have been 200 Pesos if not for the hitched ride (250 if we decided on a taxi). If you are on the budget, take the cheaper bus – four hours is enough time to see everything properly and you get to beat both the sun and the tourists.

dscn0655

Ek’Balam is still considered an archaeological site, and more elements are being excavated all the time. It’s a quiet and very atmospheric little place, with only a few souvenir shops and Mayan warriors at the entrance, so you get to see everything in peace and quiet. The entry ticket costs 193 Pesos – part of the ticket goes to the federal government, the other to the site itself, that’s why you are produced with two tickets. If you require a guide, there are a few giving tours in Spanish, English, German and French for about 500-600 Pesos. We decided to rely on the information displayed in front of each structure in Spanish, Mayan and English, but – as it turned out – the information was scarce.

dscn0681

The ruins are really enchanting and I always have a feeling of ancient energy radiating from them. To think that this magnificent pyramid was built by people who had their own thoughts, beliefs and dreams, and that they built it with a sense of purpose, makes me admire the ruins even more. The steps are tall and narrow, and ascending as well as descending did sent a chill down my spine. Looking up and looking down made me feel equally intimidated and respectful. But the view from the top took my breath away – around us only jungle, birds of pray circling above us, the other ancient structures peeking out, making this sight a memorable one.

It is possible to finish the trip with a swim in a cenote, which costs 160Pesos including rides there and back, and entry ticket. We didn’t have a chance to visit this one as 1. there is a cenote were we stayed and 2. We ran out of cash. A good tip: always carry cash with you in Mexico!

dscn0673_kindlephoto-1933710

Many people said to us that Ek’Balam is much better than famous Chichen Itza and we do agree with that in terms of it being less touristy and tacky. The possibility of climbing is also much more attractive as well as the fact that there is a swimmable cenote in Ek’Balam. We don’t encourage you to visit one site over another – try to go where you think you will feel best, and if you can, visit both sites (as we did) and have your own opinion. About Chichen Itza and how we got on – next time!

————————–

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Wioska Majów Ek’Balam nie jest zbyt dobrze znana wśród turystów, ale jest jedną z najbardziej zapierających dech w piersiach. Dotarcie do niej jest bardzo łatwe, a do tego można wejść na szczyt piramidy i podziwiać piękny widok z góry. Architektura Majów zabierze cię w podróż w przeszłość, a wchodząc na najwyższy punkt piramidy poczujesz dziwny niepokój. Wpinaczka może być trochę wzywająca, ale warta widoku, którego nigdy nie zapomnisz.

dscn0652_kindlephoto-948003

Jednym z pierwszych błędów które popełniliśmy wybierając się do Ek’Balam było brak rozpoznania w cenach transportu. Ponieważ naszą wycieczkę zaczęliśmy dosyć późno, zdecydowaliśmy się wziąć colectivo za 50 Peso/osoba/w jedną stronę. Czego nie przewidzieliśmy to to, że powrót będzie kłopotem ponieważ późnym popołudniem żadne colectivo już nie czeka. Została nam taksówka, i po długim targowaniu ustaliliśmy przejazd na 150 Peso, ale mimo tego postanowiliśmy jeszcze trochę poczekać. I dobrze zrobiliśmy! Zapytaliśmy przechodzącą parę czy jadą w naszym kierunku, którym był Valladolid, i okazało się że tak; mało tego, byli chętni nas ze sobą zabrać. Gdyby nie ten łut szczęścia, łącznie na transport wydalibyśmy 250 Peso, a jak się później okazało, można wziąć autobus z głównego terminala, w dwie strony za 76 Peso. Autobus odjeżdża z terminala w Valladolid o 8 rano i z Ek’Balam o 12.30 – przejazd zajmuje 30 minut a cztery godziny to wystarczająco długo na zobaczenie wszystkiego; nie tylko przyjeżdża się przed większymi grupami, ale także słońce nie daje tak popalić.

dscn0655

Ek’Balam to nadal aktywna strefa archeologiczna i nowe elementy są odkrywane cały czas. To bardzo ciche miejsce ze świetną atmosferą, jeszcze nie zepsute przez turystów i sklepy z pamiątkami. Przy wejściu stoją wojownicy, z którymi można zrobić sobie zdjęcie i parę turystycznych sklepów, ale potem już można zwiedzać w ciszy i spokoju. Bilet kosztuje 193 Pesos i podzielony jest na dwie części – jedna (większa) jest przeznaczona dla federalnego rządu, druga dla strefy archeologicznej, dlatego przy bramkach musimy zaprezentować obydwa bilety. Koszt przewodnika to około 500-600 Peso w języku hiszpańskim, angielskim, niemieckim lub francuskim. My zdecydowaliśmy się polegać na czytaniu informacji zamieszczonych przed ruinami (po hiszpańsku, w języku Majów i po angielsku), ale nie były one tak efektywne jak wynajęcie przewodnika.

dscn0681

Ruiny wydają się być magiczne, i ciągle miałam wrażenie że płynie z nich jakaś energia. Sama myśl, że to wszystko zostało zbudowane przez ludzi wedle ich wierzeń, marzeń i w konkretnym celu, sprawia że podziwiam je jeszcze bardziej. Schody są wysokie i bardzo strome, a zarówno wspinaczka jak i schodzenie trochę mnie zmroziło. Patrząc na piramidę z dołu i na dół z piramidy sprawiło ze poczułam dziwny niepokój, ale też szacunek dla tej cywilizacji. Ale widok z góry bije wszystko na głowę: dookoła nas dżungla, ptaki łowne szybują nad naszymi głowami a mniejsze piramidy wychylają się zza drzew. Tego się nie zapomina.

Dobrze jest zakończyć taką wycieczkę plywaniem w cenocie, które kosztuje 160 Peso za podwózkę w dwie strony i bilet wstępu. Pracownicy na pewno zachęcą was nie raz i nie dwa, ale my nie skorzystaliśmy z dwóch powodów: 1. w mieście w którym się zatrzymaliśmy jest cenota, 2. nie mieliśmy przy sobie większej ilości gotówki. Dobra rada: zawsze noś przy sobie gotówkę!

dscn0673_kindlephoto-1933710

Słyszeliśmy wiele opinii i porad, że Ek’Balam jest lepsze od sławnego Chichen Itza i jeśli chodzi o mniejszą ilość turystów i sklepów to zupełnie się z tym zgadzamy. Możliwość wejścia na piramidę jest też oczywiście bardziej aktrakcyjne, no i Ek’Balam ma cenotę w której można pływać. Jednakże nie zachęcamy nikogo do odwiedzenia takich czy innych ruin – jedźcie tam, gdzie uważacie że bedzie wam się najbardziej podobać. Jeśli mafie taką możliwość, zobaczcie parę różnych wiosek (tak jak my) i wyróbcie sobie własną opinię. O Chichen Itza i jak nam poszło – w następnym poście!

Advertisements

Catching ZZZ on Isla Mujeres / Spanko na Isla Mujeres

POLSKA WERSJA TUTAJ / POLISH VERSION HERE

Although Isla Mujeres is considered one of the less touristy islands, you can still find many tacky tourist shops and restaurants that cater especially for the travellers. However, the island bears its own charm in which you can endorse yourself – great beaches, beautiful water, friendly people and some unforgettable experiences.

dscn0467

Getting there

Getting to the island is pretty easy. From Cancun you can take a colectivo (shared minivan) that displays Puerto Juarez and for 8 Pesos it will take you directly to the port. There you can buy a round trip ticket which will cost you 146 Pesos – remember to buy a round trip ticket as it’s cheaper than one way and you can use it to get back to Puerto Juarez within six months. On the boat you might hear some live music so try to tip the musicians if you can – it’s usually only one person.

dscn0543

Sleeping
Once on the island, things get even easier. A tourist information is located just outside of the port if you need any advice. Our accommodation of choice was our tent, so we headed north to Poc’Na hostel, where for 110 Pesos/night/person we were provided with tent space, access to bathrooms, breakfast and WiFi. If you need a bed, the prices are about 160 Pesos for a bed in a dorm room. Not many travellers chose to camp, however.

dscn0535

Playa Norte
From the hostel it takes about three minutes to get to the beautiful Playa Norte, the North Beach. The sand is creamy white and soft, and waters are turquoise and clean. You can sit on your own blanket under palm trees or rent some beach chairs.

Getting around
Once you get bored of blaring Sun and salty water, you can take a trip down south of the island. We were walking everywhere (the island is only 7km long) but you can rent a golf car or a scooter for about 550 Pesos for eight hours or 700 Pesos for twenty four hours. Golf cars are extremely popular with tourist but we advise you to take a proper look of the surroundings by walking and therefore creating less pollution.

Turtle Farm
One of the main attractions of the island is the Turtle Farm, located almost in the centre of Isla Mujeres. Wooed by stories of conservation and protection we visited the site for 30 Pesos/person. You can tour it all in about half an hour and see turtles in different growth stages – from tiny babies to grown turtles. Since there wasn’t any precise information on how the conservation is exercised, we had some doubts about the real goal here and the site being just a tourist trap. The turtles swim in small concrete tanks and they look rather cramped. On the outside there is a big space where their eggs are being protected with wiry cages from predators and human exploitation. There is also a big natural pool where you can see adult turtles swim, almost as if they are free. Lack of information of the exact purpose of this facility (and our own research that proved insufficient) left us somewhat wondering. Are the turtles protected here and then released in the wild, or do they swim in concrete pools all their lives? We can see the object of the cages but the rest of the process is still cloudy for us. If you have any knowledge about this and can answer some of our questions, or you want to share your own experience at the farm, please do! We would love to know whether the turtles are being treated correctly – quite opposite to the enormous fish cramped in tiny tanks.

Lighthouse and ruins
Another good place (and less questionable) is the lighthouse at the southern tip of Isla Mujeres. Within a short walking distance you can also see the ruins that are not as effective as the others in mainland Mexico, but if the island is your only destination, then definitely worth seeing (entry about 30 Pesos).

dscn0505

Snorkelling
Isla Mujeres mostly attracts with its great snorkelling and diving spots. The water is warm and clean, and there is plenty to see. Going from the beach it’s not possible to swim out to see any wildlife so diving companies are thriving. In Poc’Na hostel snorkelling trips are offered for 35USD and you get to see the underwater museum as well as various wildlife. Remember to bring biodegradable suncream if you plan to snorkel or dive around the reef. And have fun, of course!

—————————

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

Isla Mujeres jest uważana za jedną z mniej turystycznych wysp, ale mimo tego można tam znaleźć znaczną ilość kiczowatych sklepów i restauracji stworzonych specjalnie dla uciechy turystów. Jednakże wyspa posiada swój niepowtarzalny urok któremu ciężko się oprzeć: piękne plaże, turkusowa woda, przyjaźni ludzie i wiele niepowtarzalnych atrakcji.

dscn0467

Jak się tam dostać
Bardzo łatwo! Z centrum Cancun wystarczy złapać colectivo za 8 Peso, który jedzie w stronę Puerto Juarez lub Punta Sam (taki minivan, który odjeżdża kiedy jest wypełniony pasażerami). W porcie Juarez najlepiej kupić bilet powrotny – jest nie tylko tańszy niż bilet w jedną stronę, ale także ważny przez 6 miesięcy. Na statku będzie muzyka na żywo, więc postarajcie się dać muzykom napiwek – zazwyczaj i tak jest to jedna osoba.

dscn0543

Spanko
Po dotarciu na wyspę już jest z górki. Informacja turystyczna (w języku angielskim) jest zaraz przy porcie. My zdecydowaliśmy się spać w naszym namiocie (ze względu na budżet i preferencje) w hostelu Poc’Na za 110 Peso/noc/osoba, ale hostel oferuje też oczywiście łóżka za około 160 Peso/noc/osoba. W tej cenie znajduje się miejsce do spania, śniadanie i Wi-Fi.

dscn0535

Playa Norte
Z hostelu można przejść około 250m do pięknej Playa Norte, Północnej Plaży. Kremowy piasek, turkusowa i czysta woda – czego więcej potrzeba! Można przynieść swój własny koc albo wynająć leżaki.

Na wyspie
Kiedy już znudzi wam się piasek i plaża, można trochę pozwiedzać. Wyspa jest malutka, bo tylko 7km wzdłuż i jeśli nie macie ochoty wszędzie chodzić (my chodzimy), można wynająć samochód golfowy albo skuter za około 550 Peso za osiem godzin lub 700 Peso za całą dobę. Oczywiście nasza rada to: idźcie na spacer! Nie tylko dla zdrowia, ale także dla środowiska.

Farma Żółwi
Jedną z największych atrakcji wyspy jest farma żółwi. Skuszeni perspektywą ochrony zwierząt wybraliśmy się tam za 30 Peso/wstęp/osoba. Można zobaczyć żółwie w różnym stanie rozwoju, od malutkich okazów aż po dorosłe osobniki – całość zajmuje około 30 min. Ponieważ nie można tam znaleźć żadnych informacji o procesie ochrony, zaczęliśmy mieć wątpliwości czy to miejsce nie jest czasem tylko turystyczną pułapką. Żółwie pływają w betonowych basenach które wyglądają na dosyć zatłoczone. Na zewnątrz znajduje się siatka ochraniająca jajka przed ludźmi oraz szkodnikami, i naturalny basen, w którym pływają dorosłe żółwie – prawie jak na wolności. Brak informacji i nasze własne małe dochodzenie (bez skutku) sprawiły że do końca tak naprawdę nie wiemy jaki jest cel tej instytucji i cały proces pozostaje dla nas zagadką. Nie wiemy czy zwierzęta za chronione, czy też wykorzystywane. Także jeśli sami tam byliście i chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami, albo posiadacie jakieś informacje, bardzo prosimy!

Latarnia morska i ruiny
Mniej zastanawiającymi miejscami są latarnia morska i ruiny na południu wyspy. Ruiny nie są tak zachwycające jak te w okolicach Valladolid, ale jeśli wyspa to wasza jedyna destynacja, to koniecznie je zobaczcie. Wstęp około 30 Peso/osoba.

dscn0505

Nurkowanie
To atrakcja przyciągająca największą liczbę turystów. Płynąc z plaży nie można tak po prostu nurkować, trzeba zapłacić nie tylko za wstęp do strefy dookoła rafy, ale także za wycieczkę łódką. W naszym hostelu wycieczki do podwodnego muzeum i nurkowanie koło rafy kosztowało 35 USD. Pamiętajcie, żeby zabrać ze sobą biodegradalny krem do opalania jeśli planujecie pływać przy rafie. Miłej zabawy!

WWOOF – what it is / WWOOF – z czym to się je

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

WWOOF, or World Wide Opportunities on Organic Farms, is what we are really doing in Canada. It is not only about budget travel, but also about sustainability, environment, discovering cultures, meeting people and visiting places. It is a great way to be a traveller rather than a tourist and the main principal is simple – you work in exchange for food and accommodation.

The hours and amount of work as well as what exactly you can expect in exchange is an individual matter. However, it usually is about 6-7 hours a day, five days a week. Some hosts might ask you to do less and instead help with some housework, others might simply ask you to do more. One of the best features of WWOOFing is that you can choose anything you like – taking care of animals, gardens, chopping wood, making cheese or collecting maple syrup… You can go for as little as a few days and as long as a few months! Also, the whole idea evolves around organic farming, so you get to learn a lot about sustainability, how to care for the environment, grow food without using chemicals and treat animals humanely.

Our WWOOFing adventure started in Hunter River on Prince Edward Island. We landed in a 50-acre-farm, kind of in the middle of nowhere. Our main everyday tasks included weeding, harvesting black currants (130kg!) and rhubarb, helping in the orchard and the forest, edging the garden, as well as little housework of cleaning the dishes after meals or cooking occasionally. Choosing the right hosts is very important because you get to spend a lot of time together – they might be working with you or simply eat every meal at the same table – and the fact that you live far away from towns and cities kind of doesn’t give you much company choice, especially if you WWOOF on your own. It is vital to know what they will be expecting of you and if it fits within your abilities, as well as what you can expect in exchange – usually it’s bed and food, of course you get to shower and usually are allowed to do your laundry. The hosts might also offer you bikes, rides to nearest town or even borrow their own car, however it all depends on the situation and how well you get on. In Hunter River we were offered bikes but after trying to beat the hills twice on a tiny bike, I have declared not to do it ever again (Adrianna). The rules of food and work were pretty straightforward – we worked from 9am to 5pm with an hour for lunch break, knew exactly what we were allowed to eat and were informed of the day plan at breakfast. Getting to Charlottetown, a place where many interesting things happen, was tricky and almost impossible to reach by bikes, so we were offered a ride whenever our hosts happened to be going there and were able to take us with them. This is what you really have to consider before coming to a farm, especially one far away from towns or entertainments you might be used to – how are you going to get there whenever needed – and if it is needed at all.

IMAG0739.jpg
Snoozing with the goats

At the moment we are in another place called Belle River with our host Hedwig, who showed us a different spectrum of WWOOFing. Here we take care of goats, chickens and ducks as well as maintain the lush vegetable garden. Hedwig’s working times are pretty loose, only 6 hours a day and we get to choose whenever we want to start and finish our work.  She not only offered us bikes, but also is willing to borrow her car if we want to go to the beach or see an event – which we have done only once so far as we don’t want to  take advantage. Hedwig has taken us to community gatherings, and is always willing to help us as well as spend time with us. This is the true spirit of WWOOFing – you get to meet the real people, their problems, friends and politics.

WWOOFing has many aspects; firstly you get to interact with ordinary people on a daily basis, so you can really see the culture of the country you are visiting. Secondly, you learn about sustainability, organic farming and environment protection: waste management, health issues, livestock care and garden maintenance, all without chemicals and harming substances. Thirdly, you learn a lot from people and from your own mistakes; you get to test your skills and abilities, gain experience and create some great memories!

So choose the host you think you will feel the most comfortable with, pack your bag and go travelling! Remember to stay cautious as you are still visiting a stranger. Of course WWOOFing is not for everyone: you get to do a lot of work in any weather conditions, get dirty in soil, among sticky plants, smelly animals and annoying bugs. But the experience you gain and memories you will have can certainly beat a guided tour in a crowded city!

——————-

POLSKA WERSJA / POLISH VERSION

To co naprawdę robimy w Kanadzie to WWOOF, czyli World Wide Opportunities on Organic Farms. To nie tylko sposób na oszczędne podróżowanie, ale także szansa na poznanie fascynujących ludzi, zobaczenie niesamowitych miejsc, zapoznanie się z kulturą i nauka o ekorozwoju i środowisku. Dzięki WWOOF jesteśmy podróżnikami a nie turystami, a zasada jest prosta – pracujesz na organicznych farmach w zamian za lokum i posiłki.

Godziny i ilość pracy ustalana jest indywidualnie, ale zazwyczaj mieści się to w granicach 6-7 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu. Niektórzy gospodarze mogą oczekiwać mniej pracy na farmie i zamiast tego poprosić o pomoc w lekkich pracach domowych, inni po prostu będą oczekiwać więcej. Jedną z najlepszych cech WWOOF jest to, że mamy wiele opcji jeśli chodzi o rodzaj pracy: możemy opiekować sie zwierzętami lub samym ogrodem, ścinać drzewo na opał, robić ser, zbierać syrop klonowy – możliwości są naprawdę niezliczone! Możemy pojechać na parę dni alboo parę miesięcy – wszystko zależy od nas i naszych gospodarzy. Ale w WWOOF chodzi przede wszystkim o środowisko, to jak mu pomóc, jak opiekować się ogrodem bez użycia chemikaliów i jak w dobry sposób traktować zwierzęta.

Nasza przygoda z WWOOF zaczęła się w Hunter River na Wyspie Księcia Edwarda. Wylądowaliśmy na 50-akrowej farmie praktycznie pośrodku niczego. Do naszych zadań należało pielenie, zbieranie czarnych porzeczek (130kg!), rabarbaru, pomaganie w sadzie i lesie, oraz drobne prace w domu jak zmywanie naczyń po posiłkach i gotowanie od czasu do czasu. Wybranie właściwych dla nas gospodarzy jest bardzo ważne, ponieważ zazwyczaj spędzamy z nimi bardzo dużo czasu czy tego chcemy, czy nie. Oni często z nami pracują, jedzą i relaksują się, a fakt że bardzo często jesteśmy daleko od najbliższego miasteczka sprawia że nie mamy zbyt wielkiego wyboru towarzystwa. Jeszcze ważniejsze niż to jest ustalenie jakie prace i jak długo będziemy wykonywać i czego dokładnie możemy oczekiwać w zamian – dobrze jest wiedzieć czy konkretna praca odpowiada naszym zdolnościom i oczekiwaniom. Niektórzy gospodarze mogą zaoferować rowery, podwózki do najbliższego miasteczka albo pożyczenie auta – wszystko zależy od waszej sytuacji i jak dobrze dogadujecie się z gospodarzami. W Hunter River nasi gospodarze zaoferowali nam rowery, ale po dwóch próbach jazdy po samych wzgórzach do najbliższego miasteczka po prostu się poddałam. Zasady dotyczące pracy i jedzenia były jasne: zaczynaliśmy o 9 rano, mieliśmy godzinę przerwy na lunch i kończyliśmy o 17; dokładnie wiedzielismy co możemy zjeść i przy śniadaniu byliśmy informowani o tym co mamy danego dnia zrobić. Żeby dostać się do Charlottetown, głównego miasta Wyspy gdzie ciągle coś się dzieje, musieliśmy zdać się na naszych gospodarzy, którzy zabrali nas ze sobą kilka razy kiedy sami tam jechali. To jest następna rzecz którą warto rozważyć – jak dostaniemy się do najbliższego miasteczka lub interesującego miasta i czy w ogóle taka opcja jest nam potrzebna – wszystko zależy od indywidualnych upodobań.

IMAG0739.jpg
Drzemka z kozami

Teraz mamy okazję zobaczyć zupełnie inną stronę WWOOF – jesteśmy w Belle River u Hedwig, gdzie opiekujemy się kozami, kurami, kaczkami a także pięknym warzywnym ogrodem. Hedwig daje nam wolną rękę jeśli chodzi o godziny pracy; zazwyczaj jest to sześć godzin, ale możemy pracować trochę rano, trochę wieczorem w zależności od tego jak nam danego dnia pasuje. Czasami pracujemy trzy godziny rano, potem jedziemy na plażę a resztę kończymy wieczorem gdy jest chłodno. Hedwig nie tylko zaoferowała nam rowery, ale także pozyczyla swoje auto, z czego skorzystalismy z grzeczności tylko raz. Nasza gospodyni zabrała nas też na poznanie całej społeczności, domową paradę dla dzieci, a dzięki jej uprzejmości mamy w planach więcej takich wypadów. Dla nas to jest właśnie prawdziwy WWOOF- poznawanie zwykłych ludzi, ich społeczność, problemy i wpływ jaki polityka ma na ich życie.

WWOOF ma wiele zalet: po pierwsze mamy styczność z codziennością danego kraju i ludźmi, dzięki czemu możemy poznać ich kulturę. Po drugie, mamy szansę nauczyć się o organicznym ogrodnictwie i ochronie środowiska: jak wykorzystać odpadki, dbać o swoje zdrowie i opiekować się zwierzętami, wszystko to bez użycia chemikaliów. Po trzecie, uczymy się nie tylko na swoich błędach, ale także od naszych gospodarzy i ludzi których spotykamy; mamy szansę przetestowania swoich zdolności i możliwości, zdobyć bezcenne doświadczenie i niezapomniane wrażenia!

Więc wybierz gospodarzy którzy najbardziej Ci odpowiadają, spakuj plecak i podróżuj! Pamiętaj, żeby zachować ostrożność, w końcu jedziesz do nieznajomych. Oczywiście to prawda, że WWOOF nie jest dla wszystkich: ttrzeba pracować w każdej pogodzie, głównie w brudnej ziemi pośród klejących się roślin, brzydko pachnących zwierząt i upierdliwych insektów. Ale doświadczenie jakie możemy zdobyć i wspomnienia które bedziemy mieli biją na głowę zorganizowaną wycieczkę w zatłoczonym mieście!

Green Gables / Dom na Zielonym Wzgórzu

POLISH VERSION HERE / POLSKA WERSJA TUTAJ

 

This story begins with a childhood dream come true. It might sound trivial, but I have actually been waiting for this moment for fifteen years. Robbie had no clue what the whole fuss was about, at least not until we watched a short introductory film at the entrance. Anyway, it was quite an experience, not only because it was long waited for, but the views and surroundings were certainly spectacular. And it was simply incredible to walk the same pathways that inspired the book.

For those unfamiliar with the work of Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’  tells the story of eleven-year-old, redhaired orphan girl Anne Shirley, who is being sent to live with her new family in Cavendish by mistake. Marilla and her brother Matthew are expecting a boy to arrive, one that would help them with farm duties as they are both getting older and less capable. When Anne arrives at the house called Green Gables, she instantly falls in love with it and everything that surrounds it, even though Marilla plans to send her back to the orphanage. However, Anne’s great imagination, usage of big words and talkativeness wins hearts of not only Marilla and Matthew, but almost everyone in the village. The book tells the story of Anne’s life in Green Gables.

 

IMAG0712
Anne’s room

 

It might sound like there is nothing special about the book or the story. However, the impact it had on my love of books, perception of the world and imagination cannot be expressed in words. Moreover, the Green Gables house is very real and still stands in Cavendish! After reading the book, you will also want to see the views that the author and Anne fell in love with. Although Montgomery never lived in the house itself, she visited her cousins there very often as her grandparents’ house was on the other side of the forest, which in book is called the Haunted Wood and where Anne’s best friend – Diana – lives. Green Gables has been restored over the years and the rooms are made to suit the book’s description, which makes the experience that more exciting. You can relive the story, absorb the beauty and realise that this is the place where Lucy Maud spent her life and which provided her with inspiration to write the book. I actually shed a few tears – the place I wanted to see for so long was there in front of me, Anne’s spirit deeply embedded in my heart.

It was easier that I thought to get to Cavendish from Hunter River, where we are staying at the moment. The train station that used to stand in Hunter River is the very station that Anne arrived to, however, it does not exist anymore. Because of the lack of public transport on the Island, we decided to hitch a ride. Once we stood on the right road (the only one that goes to Cavendish), only a few cars went past when we saw one filled with cigarette smoke, and then I started to repeat in my head – please don’t stop, please don’t stop. Well, guess what, they stopped. Fifteen minutes and clogged lungs later we found ourselves in beautiful Cavendish with a stunning view of the harbour. After a short walk we arrived at Green Gables and after paying entrance fee of $7,80 we finally started our tour of the premises.

Although the barn and surrounding buildings are only reproductions of what Montgomery saw as a young girl, the house itself is kept in immaculate condition. It is also possible to walk on Lover’s Lane and through Haunted Wood. The atmosphere is truly magical, especially for those who read and appreciated the book, and to able to experience this place was really a childhood dream come true.

 

———————————————–

Polska Wersja / Polish Version

Ta historia jest o spełnionych marzeniach dzieciństwa. Może to brzmieć banalnie, ale prawda jest taka, że czekałam na ten moment przez prawie piętnaście lat. Robbie nie miał pojęcia dlaczego robię tyle zamieszania o dom z zielonym dachem, przynajmniej aż do momentu obejrzenia krótkiego filmu na początku zwiedzania. Mimo wszystko było to niesamowite przeżycie, nie tylko dlatego że czekałam na to tyle lat, ale także z powodu pięknego otoczenia i spektakularnych widoków – tych samych, które zainspirowały młodą kobietę do napisania książki czytanej wiele pokoleń później.

Dla tych, którzy nie mają pojęcia o co chodzi, już tłumaczę. ‘Ania z Zielonego Wzgórza’, napisana przez Lucy Maud Montgomery, opowiada historię jednestoletniej rudowłosej sieroty Ani Shirley. Starzejące się rodzeństwo Maryla i Mateusz oczekują przyjazdu chłopca, który miałby pomóc im na farmie, jednak przez pomyłkę na jego miejsce zostaje wysłana Ania. Kiedy dziewczynka przyjeżdża na Zielone Wzgórze, zakochuje się nie tylko w samym domu, ale także w naturze i otoczeniu, a dzięki pozytywnemu nastawieniu, gadatliwości i wyobraźni zyskuje sobie ona życzliwość prawie wszystkich mieszkańców Cavendish, przez co Maryla i Mateusz pozwalają jej zostać na stałe. Książka opowiada o przygodach Ani i jej przyjaciół na Zielonym Wzgórzu.

 

IMAG0712
Pokój Ani

Niektórym może się wydawać, że w tej historii nie ma niczego specjalnego. Jednak czytając ją jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z wpływu jaki na mnie już wtedy wywarła – wzbudziła miłość do książek, odwagę by marzyć, poszerzyła wyobraźnię. Od tamtego czasu bardzo chciałam znaleźć się w tym magicznym miejscu na Wyspie Księcia Edwarda. Mimo że Montgomery nigdy nie żyła w domu na Zielonym Wzgórzu, to często odwiedzała tam swoich kuzynów. Sama autorka mieszkała u swoich dziadków po drugiej stronie lasku, który w książce nazwała Nawiedzonym Lasem i gdzie mieszkała najlepsza przyjaciółka Ani, Diana. Dom na Zielonym Wzgórzu jest oryginalnym budynkiem który autorka odwiedzała, jednak wnętrze zostało przerobione zgodnie z opisem w książce, co czyni tą wizytę jeszcze bardziej ekscytującą. Można tam przeżyć historię Ani jeszcze raz i podziwiać piękno otoczenia, które było inspiracją dla Montgomery do napisania tej ponadczasowej powieści. Oczywiście bardzo się wzruszyłam i uroniłam parę łez – znajduję się w miejscu, które zawsze chciałam zobaczyć a duch Ani głęboko siedzi w moim sercu.

Sama podróż na Zielone Wzgórze nie była trudna- z Hunter River, w którym obecnie mieszkamy, prowadzi tam tylko jedna główna droga. Z powodu braku publicznego transportu na Wyspie zdecydowalismy się pojechać autostopem. Po paru minutach bezowocnego wystawiania kciuka zauważyłam samochód wypełniony papierosowym dymem i zaczęłam krzyczeć w myślach – nie zatrzymuj się, nie zatrzymuj się! Oczywiście, że się zatrzymał… Piętnaście minut i zadymione płuca później dotarliśmy do Cavendish, ale piękne widoki na przystań nam to wynagrodzily. Po krótkim spacerze dotarliśmy na miejsce, gdzie za $7,80 w końcu zaczęliśmy zwiedzać Zielone Wzgórze!

Mimo tego, że stodoła i otaczające ją budyki zostały wybudowane niedawno aby pokazać prawdziwy wygląd farmy, dom jest w nienaruszonym stanie. Oprócz zwiedzania można także iść na spacer Ścieżką Zakochanych oraz przez Nawiedzony Las. Dla tych, którzy czytali książkę jest to naprawdę magiczne przeżycie, dla mnie było to spełnienie dziecięcych marzeń.

Welcome to Canada!

So here we are! Finally, after five years of university, hard work and saving up, we boarded our flight from Glasgow to Halifax, NS on the 18th of July 2016. Our six-hour journey was quite easy, but the hardest part awaited us at the airport in Canada – although we have expected to be questioned about details of our stay, the interview turned out to be challenging and, to be honest, a bit scary for me. The immigration officer wanted to know almost everything, from who we are to how much money we have. At some point I actually thought that we are going to be denied entry as we were asking for a six-month stay with no return ticket. After about thirty minutes the officer came back with our passports stamped with permission to remain in Canada until January 2017 – we did it!

Two hours later a shuttle took us from the airport on a four-hour journey to our destination. Prince Edward Island welcomed us with its calm beauty, harbour charm and ever-present redhaired Anne. We pass houses and farms, commenting on each one as they resemble our expectations – mail boxes with little red flags up, trucks on the driveways and the enourmous size of everything. Although resemblance to the US is overwhelming and undeniable, this Island seem to have its own soul – it’s different to anything we have seen or expected. The small community is closely bound together, with outgoing and helpful people who live quiet country lives. Their income is provided not only by the professional jobs they might have, but also by farming, fishery and tourism. Prince Edward Island is famous from its lobsters, clams and oysters that are being exported worldwide each day. Not only that, the biggest export product of the Island is probably Anne, the fictional character from series of books by Lucy Maud Montgomery, ‘Anne of Green Gables’, which happens to be my favourite childhood book.

However, about visiting Green Gables and what we are really doing on the Island will be included in other posts. For now, we are enjoying beautiful scenery, forest walks and of course naps in the shade. It is truly incredible to see people so close to each other, living in harmony and with sources provided by nature. It sounds idyllic but after two weeks on the Island, it doesn’t only sound so, it is so!